Potocki J. R?KOPIS ZNALEZIONY W SARAGOSSIE (53)

Dzie? czterdziesty si?dmy
Nazajutrz Cygan oznajmi? nam, ?e oczekuje nowego dowozu towar?w i dla bezpiecze?stwa umy?li? jaki? czas w tym miejscu przep?dzi?. Z przyjemno?ci? przyj?li?my t? nowin?, niepodobna bowiem by?o w ca?ym pasmie Sierra Moreny wynale?? czarowniejszego zak?tka. Z rana zapu?ci?em si? z kilku Cyganami na polowanie w g?ry, wieczorem za? wr?ciwszy z??czy?em si? z reszt? towarzystwa i s?ucha?em dalszego opowiadania naczelnika, kt?ry zacz?? w te s?owa:
DALSZY CI?G HISTORII NACZELNIKA CYGAN?W
Wr?ci?em do Madrytu z Toledem, kt?ry szczerze obiecywa? sobie wynagrodzi? czas stracony w k?a torze kamedu??w. Przygody Lopeza Suarez ?ywo zaj??y, przez drog? opowiedzia?em mu bli?sze szczeg??y, kawaler bacznie si? im przys?uchiwa?, nareszcie rzek?:
- Wchodz?c niejako w now? epok? ?ycia po pokucie, nale?a?oby zacz?? od wy?wiadczenia komu dobrego uczynku. ?al mi tego biednego m?odzie?ca, kt?ry bez przyjaci??, znajomych, chory, opuszczony, a do tego zakochany, sam nie wie, jak sobie da? rad? w obcym mie?cie. Avarito, zaprowadzisz mnie do Suareza, by? mo?e, ?e mu si? na co przydam.
Zamiar Toleda bynajmniej mnie nie zdziwi?, od dawna ju? bowiem mia?em sposobno?? przekona? si? o jego szlachetnym sposobie my?lenia i skwapliwo?ci do niesienia pomocy drugim.
W istocie, przyjechawszy do Madrytu, kawaler natychmiast uda? si? do Suareza. Poszed?em za nim. Zaraz na samym wej?ciu dziwny nas uderzy? widok. Lopez le?a? w najgwa?towniejszej gor?czce. Oczy mia? otwarte, ale nic nie widzia?, czasami tylko b??dny u?miech przelatywa? mu po spiek?ych ustach, snad? marzy? wtedy o ukochanej Inezie. Tu? przy nim w fotelu siedzia? Busqueros, ale nie obejrza? si? nawet, gdy?my wchodzili. Zbli?y?em si? do niego i pozna?em, ?e ?pi. Toledo przyst?pi? do sprawcy nieszcz??? biednego Suareza i targn?? go za rami?. Don Roque ockn?? si?, przetar? oczy, wytrzeszcza? je i zawo?a?:
- Co widz?, senor don Jose tutaj? Wczoraj mia?em zaszczyt spotka? w Prado ja?nie o?wieconego ksi?cia Lerm?, kt?ry pilnie mi si? przygl?da?, zapewne chcia? si? ze mn? bli?ej pozna?. Je?eli jego ksi???ca mo?? potrzebuje moich us?ug, racz senor o?wiadczy? zacnemu swemu bratu, ?e ka?dej chwili got?w jestem na jego rozkazy.
Toledo powstrzyma? nieko?cz?cy si? potok s??w Busquera i zapyta? go:
- Nie o to tu teraz chodzi. Przyszed?em dowiedzie? si?, jak si? ma chory i czy czego nie potrzebuje.
- Chory ma si? ?le - odpowiedzia? don Roque -potrzebuje za? przede wszystkim zdrowia, pociechy i r?ki pi?knej Inezy.
- Co do pierwszego - przerwa? Toledo – p?jd? natychmiast po lekarza mego brata, kt?ry jest jednym z najbieglejszych w Madrycie.
- Co do drugiego - doda? Busqueros - nic mu senor nie pomo?esz, gdy? nie wr?cisz ?ycia jego ojca; wzgl?dem za? trzeciego, mog? zapewni?, ?e nie szcz?dz? zachod?w, aby przyprowadzi? ten zamiar do skutku.
- Jak to? - zawo?a?em. - Umar? ojciec don Lopeza?
- Tak jest - odpowiedzia? Busqueros - wnuk tego samego I?iga Suareza, kt?ry, przebywszy wiele m?rz, za?o?y? dom handlowy w Kadyksie. Chory mia? si? ju? daleko lepiej i wkr?tce zapewne by?by zupe?nie odzyska? si?y, gdyby wiadomo?? o ?mierci sprawcy jego ?ycia nie by?a go powt?rnie rzuci?a na ?o?e. Poniewa? jednak senor - m?wi? dalej Busqu-eros, zwracaj?c mow? do Toleda - szczerze zajmujesz si? losem mego przyjaciela, pozw?l, abym ci towarzyszy? w wyszukaniu lekarza i zarazem ofiarowa? moje us?ugi.
Po tych s?owach obaj wyszli, ja za? sam zosta?em przy chorym. D?ugo wpatrywa?em si? w blade jego oblicze, na kt?re cierpienia w tak kr?tkim czasie w zmarszczkach wybieg?y, i w duchu przeklina?em natr?ta, jako przyczyn? wszystkich nieszcz??? Suareza. Chory usn??, wstrzymywa?em oddech, aby mimowolnym poruszeniem nie przerwa? mu chwili spoczynku, gdy wtem zastukano do drzwi. Zniecierpliwiony wsta?em i na palcach pomykaj?c si? ku drzwiom, poszed?em otworzy?. Spostrzeg?em niem?od? ju?, ale nader przyjemnej postaci kobiet?, kt?ra widz?c, ?e k?ad? palec na ustach na znak milczenia, kaza?a mi, abym wyszed? do niej do sieni.
- M?j m?ody przyjacielu - rzek?a do mnie - nie m?g?by? mi powiedzie?, jak si? ma dzisiaj senor Suarez?
- Zdaje mi si?, ?e niedobrze - odpowiedzia?em - ale w tej chwili usn?? i mam nadziej?, ?e sen go nieco pokrzepi.
- M?wiono mi, ?e jest mocno cierpi?cy - ci?gn??a dalej nieznajoma - i pewna osoba, kt?ra szczerze si? nim zajmuje, prosi?a mnie, abym sama przekona?a si? o stanie jego zdrowia. B?d? tak grzeczny i jak si? przebudzi, oddaj mu ton bilecik. Jutro przyjd? sama dowiedzie? si?, czy mu lepiej.
Po tych s?owach dama znik?a, ja za? schowa?em bilecik do kieszeni i wr?ci?em do izby.
Po chwili przyszed? Toledo z lekarzem; zacny kap?an Eskulapa przypomina? mi z wygl?du doktora Sangre Moreno. Zastanowi? si? nad chorym, pokiwa? g?ow?, po czym doda?, ?e w tej chwili za nic nie mo?e r?czy?, ?e jednak pozostanie przez ca?? noc przy Suarezie i ?e nazajutrz b?dzie w stanie udzieli? ostatecznej odpowiedzi. Toledo u?cisn?? go przyjacielsko, poleci?, aby nie szcz?dzi? wszelkich stara?, i wyszli?my razem, obiecuj?c sobie, ka?dy w duszy, nazajutrz ze ?witem powr?ci?. W drodze opowiedzia?em kawalerowi odwiedziny nieznajomej kobiety; wzi?? ode mnie bilecik i rzek?:
- Jestem pewny, ?e to pismo pi?knej Inezy. Jutro, je?eli Suarez b?dzie zdrowszy, mo?emy mu je odda?. W istocie rad bym po?ow? ?ycia okupi? szcz??cie tego m?odego cz?owieka, kt?remu zada?em tyle cierpie?. Ale jest ju? p??no, my tak?e po naszej podr??y potrzebujemy wypoczynku. Chod?, prze?pisz si? u mnie.
Z ch?ci? przyj??em zaproszenie cz?owieka, do kt?rego coraz silniej zacz??em si? przywi?zywa?, i posiliwszy si? wieczerz?, niebawem twardym snem za-sn??em.
Nazajutrz poszli?my do Suareza. Po twarzy lekarza pozna?em, ?e sztuka odnios?a zwyci?stwo nad niemoc?. Chory by? jeszcze bardzo os?abiony, ale pozna? mnie i szczerze powita?. Toledo opowiedzia? mu, jakim sposobem sta? si? przyczyn? jego pot?uczenia, zapewni?, ?e u?yje wszelkich ?rodk?w, aby mu w przysz?o?ci wynagrodzi? doznane bole?ci, i prosi?, aby odt?d raczy? uwa?a? go za przyjaciela. Suarez wdzi?cznie przyj?? t? ofiar? i os?abion? r?k? poda? kawalerowi. Toledo wyszed? do drugiego pokoju z lekarzem; wtedy, korzystaj?c ze sposobno?ci, odda?em Suarezowi bilecik. S?owa w nim zawarte by?y zapewne najlepszym lekarstwem, gdy? Lopez siad? na ???ku, ?zy pu?ci?y mu si? z oczu, przycisn?? pismo do serca i g?osem przerywanym ?kaniami rzek?:
- Wielki Bo?e, wi?c nie opu?ci?e? mnie, nie jestem sam jeden, na ?wiecie! Ineza, moja droga Ineza nie zapomnia?a o mnie, ona mnie kocha! Zacna pani Avalos sama przysz?a dowiedzie? si? o moje zdrowie.
- Tak jest, senor Lopez - odpowiedzia?em - ale na mi?o?? bosk?, uspok?j si?, nag?e wzruszenie mog?oby ci zaszkodzi?.
Toledo us?ysza? ostatnie moje s?owa, wszed? wi?c z lekarzem, kt?ry zaleci? choremu przede wszystkim spoczynek, przepisa? mu ch?odz?ce napoje i obiecawszy powr?ci? wieczorem, oddali? si?. Po chwili drzwi otworzy?y si? i ujrzeli?my wchodz?cego Busquera.
- Brawo! - zawo?a? - wy?mienicie, nasz chory, jak widz?, jest dzi? daleko zdrowszy! Tym lepiej, wkr?tce bowiem b?dziemy musieli rozwin?? ca?? nasz? dzia?alno??. W mie?cie rozchodzi si? pog?oska, ?e c?rka bankiera w tych dniach wychodzi za m?? za ksi?cia Santa Maura. Niech sobie gadaj?, co chc?;
zobaczymy, kto postawi na swoim. Spotka?em w?a?nie w gospodzie Pod Z?otym Jeleniem dworzanina z orszaku ksi?cia i da?em mu lekko uczu?, ?e nie mieli tu po co przyje?d?a?.
- Bez w?tpienia - przerwa? Toledo - i ja mniemam, ?e senor Lopez nie powinien traci? nadziei, atoli w takim razie pragn??bym, aby? wasze? nie miesza? si? do niczego.
Kawaler wyrzek? te s?owa z przyciskiem. Don Roque snad? nie ?mia? mu nic odpowiedzie?; zauwa?y?em tylko, ?e z przyjemno?ci? spogl?da na Toleda, ?egnaj?cego si? z Suarezem.
- Pi?kne s??wka do niczego nas nie doprowadz? - rzek? don Roque, gdy?my zostali sami - tu trzeba dzia?a?, i to jak naj?pieszniej.
Gdy natr?t domawia? tych s??w, us?ysza?em stukanie do drzwi. Domy?li?em si?, ?e to pani Avalos, szepn??em wi?c do ucha Suarezowi, aby wyprawi? Busquera tylnymi drzwiami, ale ten oburzy? si? na te s?owa i rzek?:
- Tu trzeba dzia?a?, powtarzam, je?eli za? s? to odwiedziny maj?ce styczno?? z g??wn? nasz? spraw?, ja musz? by? przy nich obecny albo przynajmniej s?ysze? ca?? rozmow? z drugiego pokoju.
Suarez rzuci? b?agalny wzrok na Busquera, kt?ry widz?c, ?e chory mocno sobie nie ?yczy jego obecno?ci, wszed? do pobocznej izby i ukry? si? za drzwiami. Pani Avalos nied?ugo bawi?a; z rado?ci? powita?a powr?t Suareza do zdrowia, zapewni?a go, ?e Ineza nie przestaje o nim my?le? ani go kocha?, ?e na jej to pro?by przysz?a go odwiedzi? i ?e na koniec Ineza, niespokojna o niego, dowiedziawszy si? o nowym nieszcz??ciu, jakie na? spad?o, postanowi?a tego wieczora odwiedzi? go z ciotk? i s?owami pociechy i nadziei doda? mu odwagi do przecierpienia przeciwnych chwil losu.
Po odej?ciu pani Avalos Busqueros wpad? znowu do pokoju i rzek?:
- Co s?ysza?em? Pi?kna Ineza chce nas odwiedzi? dzisiejszego wieczora? Ot?? to jest dopiero prawdziwy dow?d mi?o?ci! Biedna dziewczyna nie my?li nawet, ?e tym nierozwa?nym post?pkiem mo?e zgubi? si? na wieki; ale my tu za ni? pomy?limy. Senor don Lopez, biegn? do moich przyjaci??, rozstawi? ich na czatach i ka??, aby nikogo z obcych nie wpuszczali do domu. B?d? spokojny, ja ca?? spraw? bior? na siebie.
Suarez chcia? mu co? odpowiedzie?, ale don Roque wyskoczy? jak oparzony. Widz?c, ?e zanosi si? na now? burz?, i ?e Busqucros zn?w zamy?la wyplata? jakiego? figla, nie m?wi?c ani s?owa choremu, pobieg?em czym pr?dzej do Toleda i opowiedzia?em ma wszystko, co zasz?o. Kawaler zachmurzy? czo?o, zamy?li? si? i kaza?, abym wr?ci? do Suareza i zapewni? go, ?e u?yje wszelkich ?rodk?w dla zapobie?enia niedorzeczno?ciom natr?ta. Wieczorom us?yszeli?my turkot zatrzymuj?cego si? powozu. Po chwili wesz?a Ineza ze swoj? ciotk?. Nie chc?c tak?e by? natr?tnym, cichaczem wysun??em si? za drzwi, gdy wtem z do?u doszed? mnie ha?as. Zbieg?em i ujrza?em Toleda wiod?cego ?yw? sprzeczk? z jakim? nieznajomym.
- M?j panie - m?wi? cudzoziemiec - zar?czam ci, ?e potrafi? tu wej??. Moja narzeczona naznacza sobie w tym domu schadzki mi?osne z jakim? mieszczaninem z Kadyksu, wiem o tym z pewno?ci?. Przyjaciel tego niegodziwca Pod Z?otym Jeleniem w obecno?ci marsza?ka mego dworu werbowa? jakich? urwisz?w, kt?rzy mieli mu dopomaga? w pilnowaniu, ?eby kto nie sp?oszy? pary go??bi.
- Przebacz, senor - odpowiedzia? Toledo - ale ?adnym sposobom nie mog? pozwoli? ci wej?? do tego domu. Nie zaprzeczam, ?e przed chwil? wesz?a tu m?oda kobieta, ale jest to jedna z moich krewnych, kt?rej nikomu ubli?y? nic dozwol?.
- K?amstwo! - krzykn?? nieznajomy. - Kobieta ta jest Ineza Moro i moj? narzeczon?.
- Senor, nazwa?e? mnie k?amc? - rzek? Toledo. - Nie wchodz?, czy masz s?uszno??, czy te? nie, ale ubli?y?o? mi i zanim krok st?d post?pisz, raczysz da? mi zado??uczynienie. Jestem kawaler Toledo, brat ksi?cia Lermy.
Nieznajomy uchyli? kapelusza i odpar?:
- Ksi??? Santa Maura got?w jest na twoje, senor, rozkazy.
To m?wi?c odrzuci? p?aszcz i doby? szpady. Latarnia, zawieszona nad drzwiami, rzuca?a blade ?wiat?o na walcz?cych. Przytuli?em si? do ?ciany, oczekuj?c ko?ca tej nieszcz?snej przygody. Nagle ksi??? wypu?ci? szpad? z r?ki, schwyci? si? za piersi i pad? jak d?ugi. W tej samej chwili, jak na szcz??cie, lekarz ksi?cia Lermy przychodzi? odwiedzi? Suareza. Toledo przyprowadzi? go do ksi?cia i z niepokojem zapyta?, czy rana jest ?miertelna.
- Bynajmniej - odrzek? lekarz. - Ka?cie go tylko jak naj?pieszniej przenie?? do domu i opatrzy?, za kilkana?cie dni b?dzie zdr?w, szpada wcale nie tkn??a p?uc.
To m?wi?c poda? rannemu orze?wiaj?ce sole. Santa Maura otworzy? oczy; wtedy kawaler przyst?pi? do niego i rzek?:
- Mo?ci ksi???, nie myli?e? si?, pi?kna Ineza jest tutaj, u m?odego cz?owieka, kt?rego kocha nad ?ycie. Po tym, co pomi?dzy nami zasz?o, s?dz?, ?e wasza ksi???ca mo?? jeste? zbyt szlachetny, aby? chcia? zmusza? m?od? dziewczyn? do zawarcia zwi?zku przeciwnego jej sercu.
- Senor kawalerze - odpar? s?abym g?osem Santa Maura - nie godzi mi si? pow?tpiewa? o prawdzie twoich s??w, wszelako dziwi mnie, ?e pi?kna Ineza sama nie uprzedzi?a mnie, i? serce jej nie jest ju? wolne. Kilka s??w z jej ust lub kilka liter jej r?k? napisanych...
Ksi??? chcia? m?wi? dalej, ale powt?rnie omdla?: odniesiono go do domu, Toledo za? pobieg? na g?r? donie?? Inezie, czego wymaga jej zalotnik, godz?c si? zostawi? j? w spokoju i zrzec si? jej r?ki.
C?? mam wam wi?cej powiedzie?? Sami domy?lacie si? ko?ca przygody. Suarez, zapewniony o mi?o?ci kochanki, szybko powraca? do zdrowia. Straci? ojca, ale pozyska? przyjaciela i ?on?, ojciec bowiem Inezy nie podziela? nienawi?ci, jak? pa?a? ku niemu nieboszczyk Gaspar Suarez, i z ch?ci? zezwoli? na ich po??czenie. Pa?stwo m?odzi natychmiast po ?lubie wyjechali do Kadyksu. Busqueros odprowadzi? ich o kilka mil za Madryt i potrafi? wy?udzi? od nowo?e?ca za mniemane przys?ugi kies? z?ota. Co do mnie, s?dzi?em, ?e los nigdy nie zetknie mnie ju? z niezno?nym natr?tem, do kt?rego czu?em niewymown? odraz?, ale tymczasem inaczej si? sta?o.
Od pewnego czasu zauwa?y?em, ?e don Roque wymawia nazwisko mego ojca. Przewidywa?em, ?e znajomo?? ta nie mo?e by? dla nas korzystna, zacz??em wi?c ?ledzi? ka?dy jego krok i dowiedzia?em si?, ?e Busqueros ma krewn?, nazwiskiem Gita Cimiento, kt?r? chce koniecznie wyda? za mego ojca, wiedz?c, ?e don Avadoro jest cz?owiekiem maj?tnym, a mo?e nawet bogatszym, ni? powszechnie s?dzono.
W istocie, pi?kna Gita zajmowa?a ju? mieszkanie w domu przy w?skiej uliczce, na kt?r? wychodzi? balkon mego ojca.
Ciotka moja by?a na?wczas w Madrycie. Nie mog?em wytrzyma?, aby jej nie u?ciska?. Zacna pani Dalanosa widz?c mnie rozczuli?a si? do ?ez, wszelako zaklina?a, abym si? nie pokazywa? na ?wiat, dop?ki czas mojej pokuty nie up?ynie. Opowiedzia?em jej zamiary Busquera. Uzna?a, ?e nale?y je koniecznie zniweczy?, i uda?a si? po rad? do wuja swego, szanownego teatyna Geronimo Santez, ale ten stanowczo odm?wi? swojej pomocy, utrzymuj?c, ?e jako zakonnik nie powinien wdawa? si? w sprawy ?wiatowe i ?e wtedy tylko miesza si? do spraw rodziny, gdy chodzi o pogodzenie zwa?nionych lub zapobie?enie zgorszeniu, o wszystkich za? wypadkach innego rodzaju wcale nie chce s?ysze?. Zdany na w?asne ?rodki, chcia?em zwierzy? si? kawalerowi; ale wtedy musia?bym mu powiedzie?, kim jestem, czego bez przekroczenia zasad honoru w ?aden spos?b nie mog?em uczyni?. Tymczasem wi?c j??em pilnie uwa?a? na Busquera, kt?ry po odje?dzie Suareza przyczepi? si? do Toleda, wszelako z daleko mniejsz? natarczywo?ci?, i codziennie z rana przychodzi? pyta? si?, czy kawaler nie potrzebuje jego us?ug.
Gdy Cygan domawia? tych s??w, jeden z jego bandy przyszed? zdawa? mu spraw? z dziennych czynno?ci i ju? go tego dnia wi?cej nie widzieli?my.