Potocki J. R?KOPIS ZNALEZIONY W SARAGOSSIE (22)

HISTORIA GEOMETRY
Nazywam si? don Pedro Velasquez. Pochodz? ze s?ynnej rodziny margrabi?w Velasquez, kt?rzy od wynalezienia prochu wszyscy s?u?yli w artylerii i byli najbieglejszymi oficerami, jakich Hiszpania posiada?a w tej broni. Don Ramiro Velasquez, naczelny dow?dca artylerii za Filipa IV, wyniesiony zosta? do godno?ci granda przez jego nast?pc?. Don Ramiro mia? dw?ch syn?w, obu ?onatych. Jakkolwiek wy??cznie starsza linia zosta?a przy tytule i maj?tku, atoli - daleka od oddania si? pr??niactwu dworskich urz?d?w - ci?gle przyk?ada?a si? do zaszczytnych prac, kt?rym winna by?a swoje wyniesienie, i o ile mo?no?ci zawsze i wsz?dzie stara?a si? wspiera? lini? m?odsz?.
To trwa?o a? do don Sancha, pi?tego ksi?cia Velasquez, prawnuka najstarszego syna don Ramira. Ten zacny m??, r?wnie jak jego przodkowie, piastowa? godno?? naczelnego dow?dcy artylerii, a opr?cz tego by? wielkorz?dc? Galicji, gdzie te? zwykle mieszka?. O?eni? si? z c?rk? ksi?cia Alby, ma??e?stwo to by?o r?wnie szcz??liwe dla niego, jak zaszczytne dla ca?ej naszej rodziny. Wszelako nadzieje don Sancha nie ze wszystkim si? urzeczywistni?y. Ksi??na mia?a tylko jedn? c?rk? imieniem Blanka. Ksi??? przeznaczy? j? za ?on? jednemu z Velasquez?w z m?odszej linii, na kt?r? mia?a przenie?? tytu? i maj?tek.
Ojciec m?j, don Henryk, i brat jego, don Karlos, tylko co stracili swego ojca, kt?ry w tym?e samym stopniu jak ksi??? Velasquez pochodzi? od don Ramira. Na rozkaz ksi?cia sprowadzono obu do jego domu. M?j ojciec mia? w?wczas dwana?cie lat, stryj za? jedena?cie. Sposoby ich my?lenia zupe?nie si? r??ni?y. Ojciec by? powa?ny, zag??biony w naukach i nadzwyczajnie czu?y, podczas gdy brat jego Karlos, lekkomy?lny, trzpiotowaty, nie m?g? jednej chwili wysiedzie? przy ksi??ce. Don Sancho, poznawszy te odmienne sk?onno?ci, postanowi?, ?e m?j ojciec b?dzie jego zi?ciem; ?eby za? serce Blanki nie uczyni?o przeciwnego wyboru, wys?a? don Karlosa do Pary?a, gdzie ten mia? pobiera? wychowanie pod okiem hrabiego Hereiry, jego krewnego i pos?a na?wczas we Francji.
M?j ojciec wybornymi swymi przymiotami, dobroci? serca i niezmordowan? prac? z ka?dym dniem zyskiwa? sobie wi?ksz? przychylno?? ksi?cia; Blanka za?, wiedz?c o uczynionym dla niej wyborze, coraz gor?cej do niego si? przywi?zywa?a. Podziela?a nawet upodobania m?odego kochanka i post?powa?a za nim z daleka na drodze nauk. Wyobra?cie sobie m?odego cz?owieka, kt?rego znakomite zdolno?ci ogarnia?y ca?y obszar nauk ludzkich, w wieku gdy inni zaledwie przyst?puj? do pierwszych pocz?tk?w, wyobra?cie sobie nast?pnie tego samego m?odego cz?owieka zakochanego w osobie r?wnego z nim wieku, ja?niej?cej niezwyk?ymi przymiotami umys?u, ??dnej zrozumienia go i szcz??liwej z powodze?, kt?re zdawa?a si? z nim podziela?, a wtedy b?dziecie mieli lekkie poj?cie o szcz??ciu, jakiego m?j ojciec kosztowa? w tej kr?tkiej epoce swego ?ycia. I dlaczeg?? Blanka nie mia?aby go kocha?? Stary ksi??? pyszni? si? nim, ca?a prowincja powa?a?a go i nie mia? jeszcze dwudziestu lat, kiedy s?awa jego przekroczy?a granice Hiszpanii. Blanka kocha?a swego narzeczonego jedynie mi?o?ci? w?asn?, Henryk za?, kt?ry tylko dla niej ?y?, kocha? j? ca?ym sercem. Dla starego ksi?cia mia? prawie r?wne uczucie jak dla jego c?rki i cz?sto z ?alem my?la? o nieobecno?ci brata swego, Karlosa.
- Droga Blanko - mawia? do swojej kochanki - czy nie znajdujesz, ?e do zupe?nego szcz??cia brak nam Karlosa? Mamy tu do?? pi?knych panien, kt?re mog?yby go ustali?; wprawdzie jest on lekkomy?lny, rzadko kiedy do mnie pisuje, ale s?odka i ?agodna kobieta zdo?a?aby przywi?za? do siebie jego serce. Kochana Blanko, ub?stwiam ci?, powa?am twego ojca, ale poniewa? natura obdarzy?a mnie bratem, dlaczeg?? przeznaczenie tak d?ugo nas rozdziela?
Pewnego dnia ksi??? kaza? przyzwa? do siebie mego ojca i rzek? mu:
- Don Henryku, w tej chwili otrzyma?em od kr?la, naszego najmi?o?ciwszego pana, list, kt?ry pragn? ci przeczyta?. Oto s? jego s?owa:
M?j kuzynie!
Na ostatniej naszej radzie postanowili?my na podstawie nowych plan?w umocni? niekt?re miejsca s?u??ce ku obronie naszego kr?lestwa. Widzimy, ?e Europa dzieli si? w zdaniach mi?dzy systemami don Vau-bana i don Cohorna. Racz u?y?. najbieglejszych ludzi do opracowania tego przedmiotu. Przy?lij nam ich plany, a je?eli znajdziemy takie, kt?re potrafi? nas zadowoli?, autor b?dzie mia? powierzone sobie ich wykonanie. Opr?cz tego nasza kr?lewska wspania?o?? stosownie go wynagrodzi. Teraz polecamy ci? ?asce Stw?rcy i zostajemy przychylnym ci Kr?lem
- C?? wi?c - rzek? ksi??? - czy czujesz w sobie, kochany Henryku, si?? do wej?cia w zapasy? Uprzedzam ci?, ?e wsp??zawodnikami twymi b?d? na j bieglejsi in?ynierowie nie tylko z Hiszpanii, ale z ca?ej Europy.
Ojciec m?j zamy?li? si? przez chwil?, po czym odpowiedzia? z poczuciem pewno?ci:
- Tak jest, mo?ci ksi???, i chocia? wst?puj? dopiero w ten zaw?d, jednak wasza ksi???ca mo?? mo?e mi zaufa?.
- Dobrze wi?c - rzek? ksi??? - staraj si? wykona? t? prac? jak b?dziesz m?g? najlepiej, a skoro j? sko?czysz, nic ju? nie op??ni waszego szcz??cia. Blanka b?dzie twoja.
Mo?ecie domy?li? si?, z jakim zapa?em ojciec m?j wzi?? si? do pracy. Dnie i noce siedzia? nad stolikiem, gdy za? zm?czony umys? gwa?tem dopomina? si? wytchnienia. przep?dza? ten czas w towarzystwie Blanki, rozmawiaj?c o swoim przysz?ym szcz??ciu i o rozkoszy, z jak? u?ciska powracaj?cego Karlosa. Tym sposobem ca?y rok up?yn??. Nareszcie poprzysy?ano mn?stwo plan?w z r??nych stron Hiszpanii i kraj?w Europy. Wszystkie by?y opiecz?towane i z?o?one w kancelarii ksi?cia. M?j ojciec pozna?, ?e nale?y ostatecznie wyko?czy? swoj? prac?, i wydoskonali? j? do tego stopnia, c kt?rym mog? wam da? tylko s?abe wyobra?enie. Zacz?? od ustalenia g??wnych zasad ataku i obrony, nast?pnie za? wykazywa?, w czym Cohorn zgadza si? z tymi zasadami, i udowadnia?, ?e zawsze, ilekro? od tych zasad odchodzi, popada w b??dy. Vaubana daleko wy?ej stawia? nad Cohornem, wszelako przepowiada?, ?e po raz drugi zmieni on sw?j system; jako? p??niejszy czas potwierdzi? jego zdanie. Wszystkie te argumenty popiera?a nie tylko uczona teoria, ale nadto szczeg??y dotycz?ce sposob?w wznoszenia umocnie? i uwzgl?dniaj?ce miejscowe warunki, a tak?e kosztorysy i obliczenia matematyczne, niepoj?te nawet dla ludzi najbieglejszych w nauce.
Ojciec, sko?czywszy ostatni wiersz swego dzie?a, odkry? w nim jeszcze wiele niedok?adno?ci, kt?rych zrazu nie dostrzeg?, ca?y wi?c dr??cy zani?s? r?kopis ksi?ciu, kt?ry nazajutrz odda? mu go m?wi?c:
- Kochany synowcze, otrzyma?e? pierwsze?stwo; natychmiast prze?l? twoje plany, ty za? my?l tylko o twoim weselu, kt?re si? wkr?tce odb?dzie.
Ojciec w uniesieniu rado?ci pad? do n?g ksi?cia i rzek?:
- Ja?nie o?wiecony ksi???, racz pozwoli? przyjecha? memu bratu, szcz??cie moje bowiem nie b?dzie zupe?ne, je?eli go nie u?ciskam po tak d?ugim roz??czeniu.
Ksi??? zmarszczy? brwi i odpowiedzia?:
- Przewiduj?, ?e Karlos b?dzie nam suszy? g?owy wychwalaniami wspania?o?ci dworu Ludwika XIV, ale poniewa? prosisz mnie o to, po?l? wi?c po niego.
Ojciec uca?owa? r?ce ksi?cia i poszed? do swojej narzeczonej. Odt?d nie zajmowa? si? wi?cej geometri? i mi?o?? zape?nia?a wszystkie chwile jego ?ycia i w?adze jego duszy.
Tymczasem kr?l, kt?remu sprawa fortyfikacji le?a?a na sercu, rozkaza?, aby przeczytano i zg??biono wszystkie plany. Praca mego ojca jednomy?lnie zosta?a przyj?ta. Niebawem ojciec otrzyma? list od ministra, w kt?rym ten wyra?a? mu najwy?sze zadowolenie i z polecenia kr?la zapytywa?, jakim sposobem pragnie by? wynagrodzony. W li?cie skierowanym do ksi?cia minister dawa? do zrozumienia, ?e m?ody cz?owiek zapewne m?g?by otrzyma? stopie? pierwszego pu?kownika artylerii, gdyby go za??da?.
Ojciec zani?s? list ksi?ciu, kt?ry mu nawzajem sw?j przeczyta?, wszelako o?wiadczy?, ?e nie o?mieli si? nigdy przyj?? stopnia, na kt?ry, wed?ug swego mniemania, dot?d nie zas?u?y?, i b?aga? ksi?cia, aby w jego imieniu chcia? odpowiedzie? ministrowi.
Ksi??? odm?wi? mu:
- Do ciebie - rzek? - minister pisa? i ty powiniene? mu odpowiedzie?. Bez w?tpienia minister ma w tym swoje przyczyny, poniewa? za? w li?cie do mnie pisanym nazywa ci? m?odym cz?owiekiem, zapewne m?odo?? twoja zaj??a kr?la, kt?remu chce przedstawi? w?asnor?czny list m?odzie?ca pe?nego nadziei. Zreszt?, potrafimy napisa? ten list bez wielkiej zarozumia?o?ci.
To m?wi?c ksi??? siad? do stolika i zacz?? pisa? w te s?owa:
JWPanie!
Zadowolenie JKMo?ci, o?wiadczone mi przez JWPana, jest nagrod? wystarczaj?c? dla ka?dego dobrze urodzonego Kastylijczyka. Jednakowo?, o?mielony Jego dobroci?, powa?am si? uprasza? JKMo?? o potwierdzenie mego ma??e?stwa z Blank? Velasquez, dziedziczk? maj?tk?w i tytu??w naszego domu.
Taka zmiana stanu w niczym nie os?abi mojej gorliwo?ci w s?u?eniu krajowi i monarsze. Zbyt b?d? szcz??liwy, je?eli kiedy? przez moj? prac? potrafi? sobie zas?u?y? na godno?? pierwszego pu?kownika artylerii, kt?r? wielu moich przodk?w z zaszczytem piastowa?o.
JWPana etc.
Ojciec podzi?kowa? ksi?ciu za trud, jaki sobie zada? napisaniem listu, poszed? do siebie, przepisa? go s?owo w s?owo, ale w chwili, gdy mia? go podpisywa?, us?ysza? g?os wo?aj?cy na podw?rzu:
- Don Karlos przyjecha?! Don Karlos przyjecha?!
- Kto? m?j brat? gdzie jest? niech go u?ciskam!
- Racz doko?czy? listu, don Henryku - rzek? mu goniec, kt?ry mia? natychmiast wyje?d?a? do ministra. Ojciec, przepe?niony rado?ci? z przybycia brata i naglony przez go?ca, zamiast "don Henryk", podpisa? "don Karlos Velasquez", zapiecz?towa? list i pobieg? przywita? si? z bratem.
W istocie, obaj bracia czule si? u?ciskali, ale don Karlos, odskakuj?c w ty?, zacz?? ?mia? si? na ca?e gard?o i rzek?:
- Kochany Henryku, podobny jeste? jak dwie krople wody do Scaramuccia w komedii w?oskiej: kreza twoja obejmuje ci podbr?dek jak miska do golenia brody. Pomimo to kocham ci? zawsze. A teraz chod?my do starego poczciwca.
Weszli razem do starego ksi?cia, kt?rego Karlos ma?o nie udusi? w swych u?ciskach, wed?ug zwyczaju panuj?cego w?wczas na dworze francuskim, po czym rzek? do niego:
- Drogi stryju, poczciwina ambasador da? mi list do ciebie, ale postara?em si? zgubi? go u mego ?aziennika. Zreszt? mniejsza o to, Gramont, Roquelaure i wszyscy starzy serdecznie ci? ca?uj?.
- Ale? m?j drogi synowcze - przerwa? ksi??? - ja nie znam ?adnego z tych pan?w.
- Tym gorzej dla ciebie - m?wi? dalej Karlos - s? to bardzo przyjemni ludzie. Ale gdzie? jest moja przysz?a bratowa? Musia?a od tego czasu szalenie wypi?knie?.
W tej chwili wesz?a Blanka. Don Karlos zbli?y? si? do niej poufale i rzek?:
- Boska moja bratowo, nasze paryskie zwyczaje pozwalaj? nam ca?owa? pi?kne kobiety - i to m?wi?c poca?owa? j? w twarz ku wielkiemu zdziwieniu don Henryka, kt?ry widywa? Blank? otoczon? zawsze orszakiem kobiet i nie o?mieli? si? nigdy poca?owa? nawet r?bka jej sukni.
Karlos powiedzia? jeszcze tysi?c niedorzecznych rzeczy, kt?re szczerze zmartwi?y don Henryka i zgroz? przej??y starego ksi?cia. Nareszcie stryj rzek? mu surowo:
- Id? i przebierz si? z twoich podr??nych sukni; tego wieczora mamy u nas bal. Pami?taj, ?e co za g?rami uwa?aj? za grzeczno??, to u nas uchodzi za zuchwalstwo.
- Drogi stryju - odpowiedzia? Karlos, wcale nie zmieszany - ubior? si? w nowy str?j, kt?ry Ludwik XIV wymy?li? dla swoich dworzan, a wtedy przekonasz si?, jak monarcha ten wielki jest w ka?dym calu.
Zamawiam moj? pi?kn? kuzynk? do sarabandy; jest to taniec hiszpa?ski, ale zobaczycie, jak Francuzi go wydoskonalili.
Po tych s?owach Don Karlos wyszed?, nuc?c jak?? ari? Lullyego. Brat jego, mocno zmartwiony t? lekkomy?lno?ci?, chcia? uniewinni? go przed ksi?ciem i Blank?, ale na pr??no, gdy? stary ksi??? zbyt ju? by? do niego uprzedzony, Blanka za? nie bra?a mu niczego za z?e.
Gdy bal si? rozpocz??, Blanka ukaza?a si? wystrojona nie po hiszpa?sku, ale z francuska. Zdziwi?o to wszystkich, chocia? utrzymywa?a, ?e dziad jej, ambasador, przys?a? jej t? sukni? przez don Karlosa. Wszelako t?umaczenie to nie zadowoli?o nikogo i zdumienie by?o og?lne.
Don Karlos d?ugo kaza? na siebie czeka?, nareszcie wszed?, wystrojony wedle zwyczaju przyj?tego na dworze Ludwika XIV. Mia? na sobie niebieski kaftan, ca?y haftowany srebrem, szarf? i wypustki z bia?ego, r?wnie ozdobnego at?asu, ko?nierz z koronek alenso?skich, na koniec niezmiernej wielko?ci jasn? peruk?. Str?j ten, wspania?y sam przez si?. jeszcze ?wietniejszy si? wydawa? po?r?d biednych ubior?w, jakie ostatni nasi kr?lowie z domu austriackiego zaprowadzili w Hiszpanii. Nie noszono ju? nawet krezy, kt?ra cokolwiek przynajmniej dodawa?a mu wdzi?ku, i zast?piono j? prostym ko?nierzem, jakiego dzi? u?ywaj? alguacilowie i prawnicy. W istocie, jak to trafnie powiedzia? don Karlos, ubi?r ten zupe?nie przypomina? str?j Scaramuccia.
Nasz trzpiot, odr??niaj?cy si? od m?odzie?y hiszpa?skiej swoim strojem, jeszcze wi?cej odznaczy? si? sposobem, jakim wszed? na bal. Zamiast g??bokiego uk?onu lub uczynienia komu jakiejkolwiek grzeczno?ci, z przeciwnego ko?ca sali zacz?? krzycze? na muzykant?w.
- Hola, ?otry! uciszcie si?! Je?eli mi b?dziecie co innego gra? jak moj? saraband?, pot?uk? wam skrzypce na uszach!
Nast?pnie rozda? im nuty, kt?re z sob? przyni?s?, poszed? po Blank? i wyprowadzi? j? na ?rodek sali. gdzie mieli razem ta?czy?. M?j ojciec przyznaje, ?e don Karlos ta?czy? niepor?wnanie. Blanka za?, z natury nader zgrabna, przewy?szy?a tym razem sam? siebie. Po sko?czeniu sarabandy wszystkie damy powsta?y, aby powinszowa? Blance wdzi?ku, z jakim ta?czy?a. Wszelako, chocia? do niej niby stosowa?y te grzeczno?ci, przecie? ukradkiem spogl?da?y na Karlosa, jak gdyby chcia?y mu da? pozna?, ?e jest w?a?ciwym przedmiotem ich uwielbienia. Blanka poj??a doskonale ukryt? my?l i tajemne ho?dy kobiet podnios?y w jej oczach zas?ug? m?odego cz?owieka.
Przez ca?y czas balu Karlos na chwil? nie opu?ci? Blanki, a skoro brat jego przybli?a? si? do nich, m?wi? mu:
- Henryku, m?j przyjacielu, id? rozwi?za? jakie zadanie algebraiczne, b?dziesz mia? do?? czasu nudzi? Blank?, jak zostaniesz jej m??em.
Blanka niepowstrzymanym ?miechem podnieca?a te zuchwalstwa i biedny don Henryk, ca?y zmieszany, odchodzi?.
Gdy dano znak do wieczerzy, Karlos poda? r?ko Blance i zasiad? z ni? przy stole na najwy?szym miejscu. Ksi??? zmarszczy? brwi, ale don Henryk uprosi? go. aby przebaczy? na ten raz bratu.
Podczas wieczerzy don Karlos opowiada? towarzystwu o uroczysto?ciach wyprawianych przez Ludwika XIV, nade wszystko za? o balecie pod tytu?em "Mi?ostki na Olimpie", w kt?rym sani monarcha gra? rol? s?o?ca, po czym doda?, ?e pami?ta ten balet wybornie i ze Blanka by?aby zachwycaj?ca w roli Diany. Rozda? wi?c wszystkim role i zanim wstano od sto?u, balet Ludwika XIV by? ju? zupe?nie u?o?ony. Don Henryk opu?ci? bal. Blanka nie spostrzeg?a nawet jego nieobecno?ci. Nazajutrz z rana m?j ojciec poszed? odwiesi? Blank? i zasta? j? powtarzaj?c? z Karlosem scen? nowego baletu. Tak up?yn??y trzy tygodnie. Ksi??? stawa? si? coraz kwa?niejszy, Henryk t?umi? swoj? bole??, Karlos za? wygadywa? niestworzone rzeczy, kt?re damy z towarzystwa uwa?a?y za wyrocznie.
Obyczaje paryskie i balet Ludwika XIV tak dalece zawr?ci?y g?ow? Blance, ?e nie wiedzia?a, co si? ko?o niej dzieje.
Pewnego dnia, przy obiedzie, ksi??? otrzyma? depesz? z dworu. By? to list od ministra, zawarty w tych s?owach:
Ja?nie O?wiecony Ksi???!
JKMo??, najmi?o?ciwszy nasz pan, zgadza si? na ma??e?stwo c?rki Twojej z don Karlosem Velasquez, nadto potwierdza mu tytu? granda i mianuje pierwszym pu?kownikiem artylerii.
Najni?szy s?uga etc.
- Co to ma znaczy?? - zawo?a? ksi??? w najwi?kszym gniewie. - Sk?d w tym li?cie wzi??o si? imi? Karlosa, gdy ja Henrykowi przeznaczy?em Blank? za ?on??
M?j ojciec prosi? ksi?cia, aby raczy? cierpliwie go wys?ucha?, i rzek?:
- Nie wiem, mo?ci ksi???, jakim sposobem imi? Karlosa w tym li?cie znalaz?o si? zamiast mego, ale jestem pewny, ?e brat m?j wcale si? do tego nie miesza?. Ostatecznie, nikt tu nie jest winny i snad? ta zmiana imienia jest zrz?dzeniem Opatrzno?ci. W istocie, sam ksi??? zapewne raczy?e? ju? spostrzec, ?e Blanka nie ma ku mnie ?adnej sk?onno?ci i ?e, przeciwnie, wcale nie jest oboj?tna dla Karlosa. Niech?e wi?c jej r?ka, osoba, tytu?y i maj?tek jemu si? dostan?. Ja zrzekam si? wszystkich moich praw.
Ksi??? obr?ci? si? do c?rki i rzek?:
- Blanko! Blanko! By?aby? istotnie tak lekkomy?lna i zdradliwa?
Blanka rozp?aka?a si?, zemdla?a i na koniec wyzna?a swoj? mi?o?? dla Karlosa.
Ksi??? w rozpaczy rzek? do mego ojca:
- Drogi Henryku, chocia? brat tw?j wydar? ci kochank?, nie mo?e jednak pozbawi? ci? godno?ci pierwszego pu?kownika artylerii, do kt?rej przy??cz? pewn? cz??? mego maj?tku.
- Przebacz, ksi??? - odrzek? don Henryk - ale maj?tek tw?j w ca?o?ci nale?y do twojej c?rki, co za? do godno?ci pierwszego pu?kownika, kr?l s?usznie uczyni?, oddaj?c j? memu bratu, gdy? ja w tera?niejszym stanie umys?u nie jestem zdolny piastowa? ani tego, ani ?adnego innego stopnia. Pozw?l, ksi???, abym oddali? si? w jakie ?wi?te schronienie, u st?p o?tarzy ukoi? moj? bole?? i ofiarowa? j? temu, kt?ry tyle za nas wycierpia?.
M?j ojciec opu?ci? dom ksi?cia i wst?pi? do klasztoru kamedu??w, gdzie przywdzia? habit nowicjusza. Don Karlos poj?? Bank?, wesele jednak odby?o si? bez ?adnej ?wietno?ci. Sam ksi??? nie by? na nim obecny. Blanka, wtr?ciwszy w rozpacz swojego ojca, martwi?a si? nieszcz??ciami, jakich by?a powodem; Karlos nawet, pomimo zwyk?ej lekkomy?lno?ci, zmieszany by? tym powszechnym smutkiem.
Wkr?tce ksi??? zapad? na podagr? i czuj?c, ?e niewiele mu pozostaje chwil do ?ycia, pos?a? do kamedu??w, pragn?c raz jeszcze ujrze? kochanego swego Henryka. Alvarez, marsza?ek ksi???cego domu, przyby? do klasztoru i wype?ni? dane mu polecenie. Ka-meduli, stosownie do regu?y, zabraniaj?cej im m?wi?, nie odpowiedzieli ani s?owa, ale zaprowadzili go do celi Henryka. Alvarez zasta? go le??cego na s?omie, okrytego ?achmanami i przez p?? cia?a przykutego ?a?cuchem do ?ciany.
M?j ojciec pozna? Alvareza i rzek?:
- Przyjacielu, jak ci si? podoba?a sarabanda, kt?r? ta?czy?em wczoraj? Sam Ludwik XIV by? z niej zadowolony, szkoda tylko, ?e muzykanci niegodziwie grali. A Blanka co m?wi o tym?... Blanka! Blanka!... Nieszcz??liwy, odpowiadaj!...
Tu ojciec m?j wstrz?sn?? ?a?cuchami, zacz?? gry?? sobie r?ce i wpad? w niepomiarkowany napad szale?stwa. Alvarez wyszed?, zalewaj?c si? ?zami i opowiedzia? ksi?ciu smutny widok, jaki si? jego oczom przedstawi?.
Nazajutrz podagra wesz?a ksi?ciu w ?o??dek i zw?tpiono o jego ?yciu. Na chwil? przed ?mierci? obr?ci? si? do c?rki i rzek?:
- Blanko! Blanko! Henryk wkr?tce si? ze mn? z??czy. Przebaczamy ci - b?d? szcz??liwa.
Te jego ostatnie s?owa wpoi?y si? w dusz? Blanki i zaprawi?y j? trucizn? wyrzut?w. Niebawem wpad?a w g??bok? melancholi?.
M?ody ksi??? niczego nie szcz?dzi? dla rozweselenia swojej ma??onki, ale nie mog?c nic wsk?ra?, zostawi? j? jej smutkowi. Sprowadzi? z Pary?a s?awn? zalot-nic?, nazwiskiem Lajardin, Blanka za? oddali?a si? do klasztoru. Stopie? pierwszego pu?kownika artylerii nie by? dla niego stosowny, przez jaki? czas stara? si? go sprawowa?, ale nie mog?c zaszczytnie pe?ni? obowi?zk?w, pos?a? kr?lowi swoj? dymisj? i prosi? go o jaki urz?d przy dworze. Kr?l ustanowi? go wielkim szatnym koronnym i ksi??? wraz z pann? Lajardin przeni?s? si? do Madrytu.
M?j ojciec przep?dzi? u kamedu??w trzy lata, podczas kt?rych zacni zakonnicy za pomoc? najgorliwszych stara? i anielskiej cierpliwo?ci przywr?cili go na koniec do zdrowia. Nast?pnie uda? si? do Madrytu i poszed? do ministra. Wprowadzono go do gabinetu, gdzie dygnitarz odezwa? si? do niego w te s?owa:
- Sprawa twoja, don Henryku, dosz?a do wiadomo?ci kr?la, kt?ry mocno rozgniewa? si? na mnie i na moich urz?dnik?w za t? pomy?k?. Szcz??ciem, posiada?em jeszcze tw?j list z podpisem don Karlosa. Oto go jeszcze mam; racz mi teraz powiedzie?, dlaczego nie podpisa?e? w?asnego imienia.
M?j ojciec wzi?? list. pozna? swoje pismo i rzek?:
- Przypominam sobie, ?e w chwili gdy podpisywa?em ten list, doniesiono mi o przybyciu mego brata; rado?? doznana z tego powodu by?a zapewne przyczyn? mojej pomy?ki. Wszelako nie b??d ten winienem oskar?a? o moje nieszcz??cia. Gdyby nawet patent na pu?kownika by? wydany na moje nazwisko, nie by?bym w stanie piastowa? tej godno?ci. Dzi? odzyska?em dawne si?y umys?u i czuj? si? zdolny do pe?nienia obowi?zk?w, jakie JKMo?? w?wczas mi naznacza?.
- Drogi Henryku - odpar? minister - projekty fortyfikacji wpad?y w wod?, a my na dworze nie zwykli?my od?wie?a? zapomnianych rzeczy. Mog? ci ofiarowa? jedynie posad? komendanta Ceuty. W tej chwili mam to tylko miejsce do rozporz?dzenia. Je?eli zechcesz je przyj??, musisz odjecha?, nie widz?c si? z kr?lem. Wyznaj?, ?e urz?d ten nie odpowiada twoim zdolno?ciom, nadto pojmuj?, ?e w twoim wieku przykro jest osiedla? si? na opuszczonej afryka?skiej skale.
- W?a?nie ta ostatnia przyczyna - odrzek? ojciec - sprawia, i? upraszam o udzielenie mi tego miejsca. Spodziewam si?, ?e porzucaj?c Europ?, wymkn? si? losowi, kt?ry mnie prze?laduje. W drugiej cz??ci ?wiata stan? si? innym cz?owiekiem i pod wp?ywem przyja?niejszych gwiazd odzyskam szcz??cie i spok?j.
Ojciec m?j, otrzymawszy nominacj?, zaj?? si? przygotowaniami do podr??y, wsiad? na okr?t w Algeciras i szcz??liwie wyl?dowa? w Ceucie. Ca?y przej?ty rado?ci?, stan?? na obcej ziemi z uczuciem, jakiego do?wiadcza ?eglarz, gdy staje w porcie po straszliwej burzy.
Nowy komendant usi?owa? naprz?d dok?adnie pozna? swoje obowi?zki, nie tylko po to, ?eby m?c je spe?nia?, ale ?eby je spe?nia? w miar? mo?no?ci jak najlepiej; co za? do fortyfikacji, nad tymi nie potrzebowa? pracowa?, Ceuta bowiem przez samo swoje po?o?enie przedstawia?a dostateczn? obron? przeciw napadom berberyjskim. Natomiast wszystkie si?y swego umys?u zwr?ci? ku polepszeniu losu za?ogi i mieszka?c?w oraz pomno?eniu przyjemno?ci ich ?ycia. Sam odrzuci? wszelkie materialne korzy?ci, jakimi zwykle nie gardzi? ?aden z poprzedzaj?cych go dow?dc?w. Ca?a osada ub?stwia?a go te? za to post?powanie. Opr?cz tego ojciec troskliwie opiekowa? si? wi??niami stanu, powierzonymi jego stra?y, i cz?sto zbacza? z surowej drogi przepis?w, b?d? to u?atwiaj?c im przesy?ki list?w do rodzin, b?d? te? nastr?czaj?c im rozmaite rozrywki.
Gdy wszystko w Ceucie sz?o ju? wedle nale?ytego porz?dku, ojciec znowu wzi?? si? do pracy nad naukami ?cis?ymi. Dwaj bracia Bernouili nape?niali w?wczas uczony ?wiat odg?osem swych sprzeczek. M?j ojciec nazywa? ich ?artobliwie Eteoklesem i Polinikiem, w duszy jednak szczerze by? nimi zaj?ty. Cz?sto miesza? si? do walki, przesy?aj?c bezimienne pisma, kt?re jednemu z dw?ch stronnictw dostarcza?y niespodziewanych posi?k?w. Gdy wielkie zagadnienie izoperymetryczne przedstawiono pod roztrz??nienie czterech najznakomitszych europejskich geometr?w, ojciec m?j przes?a? im metody analizy, kt?re o mo?na uwa?a? za arcydzie?a pomys?owo?ci; ale nikt nie przypu?ci?, ?eby autor chcia? zachowa? incognito, i przypisywano je raz jednemu, to zn?w drugiemu bratu. Mylono si?, ojciec m?j lubi? nauki, nie za? s?aw?, jak? one przynosz?.
Doznane nieszcz??cia uczyni?y go dzikim i boja?liwym.
Jakub Bernouilli umar? w chwili, gdy mia? odnie?? stanowcze zwyci?stwo, plac boju zosta? si? przy jego bracie. M?j ojciec wiedzia? dobrze, ?e ?w brat pope?nia b??d, uwzgl?dniaj?c dwa tylko pierwiastki w liniach krzywych, wszelako nie chcia? przed?u?a? walki, kt?ra niepokoi?a ca?y uczony ?wiat. Tymczasem Miko?aj Bernouilli nie m?g? spokojnie usiedzie?, wypowiedzia? wojn? margrabiemu de L'Hospital, roszcz?c prawo do wszystkich jego odkry?, w kilka za? lat potem uderzy? nawet na Newtona. Przedmiotem tych nowych wa?ni by? rachunek niesko?czono?ci, kt?ry Leibniz wynalaz? by? w tym samym czasie co i Newton i kt?ry Anglicy podnie?li do godno?ci sprawy narodowej.
Tym sposobem ojciec m?j przep?dzi? najpi?kniejsze lata swego ?ycia na przypatrywaniu si? z daleka tym wielkim walkom, w kt?rych najznakomitsze ?wczesne umys?y stawa?y do boju z broni? tak ostr?, na jak? tylko geniusz ludzki mo?e si? zdoby?. Jednak?e przy zami?owaniu swoim do nauk ?cis?ych wcale nie zaniedbywa? innych ga??zi umiej?tno?ci. Na ska?ach Ceuty znajdowa?o si? mn?stwo zwierz?t morskich, kt?re w naturze swej nader zbli?aj? si? do ro?lin i stanowi? przej?cie mi?dzy dwoma tymi kr?lestwami. M?j ojciec mia? ich zawsze kilka pozamykanych w s?ojach i z upodobaniem obserwowa? cudowno?? ich organizm?w. Opr?cz tego zgromadzi? wyczerpuj?cy zbi?r dzie? staro?ytnych dziejopisarz?w; zaopatrzy? si? w ten zbi?r, aby poprze? dowodami, wyci?gni?tymi z fakt?w, zasady prawdopodobie?stwa, wy?o?one przez Bernouilliego w jego dziele pod tytu?em Ars coniectandi.
Tak wi?c m?j ojciec, ?yj?c tylko my?l?, przechodz?c kolejno z badania do rozmy?lania, prawie nigdy nie wychodzi? z domu; nadto, dzi?ki nieustannemu nat??eniu umys?u, zapomnia? o tej strasznej epoce swego ?ycia, w kt?rej nieszcz??cia przywali?y jego rozum. Czasami jednak serce domaga?o si? swoich praw, co zwykle dzia?o si? nad wieczorem, gdy umys? by? ju? zm?czony ca?odzienn? prac?. Wtedy, nie przyzwyczajony szuka? rozrywek poza domem, wst?powa? na belweder, spogl?da? na morze i widnokr?g, opieraj?cy si? z dala na ciemnym pasku brzeg?w Hiszpanii. Widok ten przypomina? mu dni s?awy i szcz??cia, gdy kochany przez rodzin?, ub?stwiany przez kochank?, powa?any przez najznakomitszych w kraju m???w, z dusz? rozp?omienion? m?odzie?czym zapa?em, rozja?nion? ?wiat?em dojrza?ego wieku, oddycha? wszystkimi uczuciami stanowi?cymi rozkosz ?ycia i zag??bia? si? nad badaniem prawd przynosz?cych zaszczyt umys?owi ludzkiemu. P??niej wspomina? brata, kt?ry porwa? mu kochank?, maj?tek, godno?? i zostawi? go ob??kanego na gar?ci s?omy. Czasami chwyta? za skrzypce i gra? nieszcz?sn? saraband?, kt?ra zjedna?a Karlosowi serce Blanki. Na g?os tej muzyki zalewa? si? ?zami i wtedy dopiero czul ulg? w sercu. Tak przep?dzi? pi?tna?cie lat.
Pewnego dnia kr?lewski namiestnik Ceuty, pragn?c widzie? si? z moim ojcem, wszed? do niego wieczorem i zasta? go pogr??onego w zwyk?ej t?sknocie. Pomy?lawszy przez chwil?, rzek?:
- Kochany nasz komendancie, racz pos?ucha? z uwag? kilku moich s??w. Jeste? nieszcz??liwy, cierpisz, nie jest to tajemnic?, wszyscy o tym wiemy, i moja c?rka wie to tak?e. Mia?a pi?? lat. gdy przyby?e? do Ceuty, i odt?d nie min?? jeden dzie?, ?eby nie s?ysza?a ludzi m?wi?cych o tobie z uwielbieniem, gdy? w istocie jeste? b?stwem opieku?czym naszej ma?ej osady. Cz?sto m?wi?a do mnie: "Kochany nasz komendant dlatego tak cierpi, ?e nikt nie podziela jego zmartwie?". - Don Henryku, daj si? nam?wi?, przyjd? do nas, to ci? wi?cej rozerwie ani?eli to ci?g?e rachowanie wa??w morskich.
M?j ojciec pozwoli? zaprowadzi? si? do Inezy de Cadanza, o?eni? si? z ni? w sze?? miesi?cy potem, w dziesi?? za? po ich ma??e?stwie ja przyszed?em na ?wiat. Gdy s?aba moja osoba ujrza?a ?wiat?o s?oneczne, ojciec wzi?? mnie na r?ce i wznosz?c oczy ku niebu, rzek?:
- O niezmierzona pot?go, posiadaj?ca niesko?czono?? za wyk?adnik, ostatni wyrazie wszystkich rosn?cych post?p?w - Bo?e wielki - oto jeszcze jedno czu?e stworzenie rzucone w przestrze?; je?eli jednak ma by? tak nieszcz??liwe, jak jego ojciec, niech raczej dobro? twoja napi?tnuje je znakiem odejmowania.
Sko?czywszy t? modlitw?, ojciec u?ciska? mnie z rado?ci?, m?wi?c:
- Nie, biedne moje dzieci?, nie b?dziesz tak nieszcz??liwe. jak tw?j ojciec, przysi?gam na ?wi?te imi? Boga, ?e nigdy nie ka?? uczy? ci? matematyki, natomiast wy?wiczysz si? w sarabandzie, baletach Ludwika XIV i wszystkich niedorzeczno?ciach i zuchwalstwach, o jakich gdziekolwiek us?ysz?.
Po tych s?owach ojciec obla? mnie rzewnymi ?zami i odda? akuszerce.
Prosz? was teraz, aby?cie raczyli zwr?ci? uwag? na dziwne moje przeznaczenie. Ojciec przysi?ga, ?e nigdy nie b?d? uczy? si? matematyki, natomiast b?d? umia? ta?czy?. Tymczasem dzieje si? zupe?nie przeciwnie. Dzi? posiadam g??bokie wiadomo?ci w naukach ?cis?ych, nigdy za? nie mog?em nauczy? si?, nie m?wi? sarabandy, kt?ra dzi? ju? nie jest w zwyczaju, ale ?adnego innego ta?ca. W istocie, nie pojmuj?, jakim sposobem mo?na spami?ta? figury kontredansa. ?adna z nich nie tworzy si? z jednego ogniska ani te? pod?ug stale przyj?tych zasad, ?adna nie mo?e by? przedstawiona przez formu?? i nie mog? sobie wyobrazi?, jakim sposobem znajduj? si? ludzie, kt?rzy wszystkie umiej? na pami??.
Gdy tak don Pedro Velasquez rozpowiada? nam swoje przygody, naczelnik Cygan?w wszed? do jaskini i rzek?, ?e sprawy hordy wymagaj? ?piesznego wyruszenia w podr?? i zapuszczenia si? w pasmo Alpuhary.
- Dzi?ki Najwy?szemu! - odpar? kabalista. - Tym sposobem pr?dzej jeszcze ujrzymy ?yda Wiecznego Tu?acza, poniewa? za? nie wolno mu odpoczywa?, przeto uda si? z nami w poch?d i tym wi?cej skorzystamy z rozmowy. Widzia? on bardzo wiele rzeczy, niepodobna za? mie? wi?cej od niego do?wiadczenia.
Nast?pnie naczelnik Cygan?w odwr?ci? si? do Velasqueza i rzek?:
- Ty za?, senor, czy zechcesz p?j?? z nami, czy te? wolisz, aby ci dodano stra?, kt?ra przeprowadzi ci? do najbli?szego miasta?
Velasquez zastanowi? si? przez chwil?, po czym odpowiedzia?:
- Zostawi?em niekt?re wa?ne papiery przy ???ku, na kt?rym onegdaj zasn??em, zanim obudzi?em si? pod szubienic?, gdzie mnie znalaz? senor. kt?ry jest kapitanem w gwardii wallo?skiej. Racz ?askawie pos?a? do Venta Quemada. Je?eli nie odzyskam moich papier?w, nie mam po co jecha? dalej i musz? powraca? do Ceuty. Przez ten czas, je?eli pozwolisz, mog? podr??owa? z wami.
- Wszyscy moi ludzie s? na pa?skie rozkazy - rzek? Cygan - natychmiast po?l? kilku do venty, z??cz? si? z nami na pierwszym noclegu.
Zebrano namioty, ruszyli?my w poch?d i ujechawszy cztery mile, roztasowali?my si? na nocleg na jakim? pustym wierzcho?ku g?ry.