Brzechwa J. SCHIZOFRENIA

Kir? pozna?em w Strasburgu w okoliczno?ciach wyj?tkowych. Na to, by losy nasze si? po??czy?y, trzeba by?o splotu wielu zbieg?w przypadk?w. Wspominam o tym dlatego, ?e stosowana przeze mnie metoda naukowa opiera si? w znacznym stopniu na rozpl?tywaniu podobnych splot?w i poddawaniu analizie ich poszczeg?lnych element?w.

Jako psychiatra przyj??em ?elazn? zasad?, aby ka?dy wst?pny wywiad, przeprowadzany z pacjentem, zaczyna? si? od drobiazgowego prze?ledzenia ?a?cucha przyczynowego, kt?ry doprowadzi? go do sytuacji ko?cowej. Poznanie przyczyn i skutk?w pozwala mi odtworzy? procesy psychiczne pacjenta, wnikn?? w pobudki kieruj?ce jego post?powaniem, a tym samym wejrze? obiektywnym okiem w uk?ad i przebieg jego dotychczasowego ?ycia, co moim zdaniem w psychiatrii rozstrzyga w spos?b decyduj?cy o kierunku terapii. Zebrany podczas wywiadu materia? uk?adam w usystematyzowane schematy i wykresy, kt?re wi?cej m?wi? o psychice chorego, ni? najlepsza nawet fotografia o jego wygl?dzie zewn?trznym.

Mam w?a?nie przed sob? tego rodzaju wykres, dotycz?cy ostatniego mego pacjenta, kt?rego jak zwykle okre?lam z imienia. A wi?c w danym wypadku chodzi o Adama. Sporz?dzony przeze mnie schemat wygl?da nast?puj?co. Adam obecnie ma lat sze??dziesi?t cztery. Przed pierwsz? wojn? ?wiatow?, w wieku lat trzynastu, pozna? na ?lizgawce swego r?wie?nika Andrzeja. Z bratem Andrzeja - Wac?awem, Adam zetkn?? si? wtedy przelotnie, ale dzi?ki temu w p??niejszych latach, w okresie studi?w uniwersyteckich, przypomnia? go sobie i nawi?za? z nim bli?szy kontakt. P??niej, gdy razem przygotowywali si? do egzamin?w ko?cowych, Wac?aw sprowadzi? pewnego dnia swego przyjaciela Henryka, ?eby ich przepyta? z zakresu kodeksu cywilnego. Znajomo?? z Henrykiem utrwali?a si? i po kilku latach, gdy Adam spotka? go w Krakowie, Henryk by? ju? ?onaty z Krystyn?. Zwiedzali we troje Wawel, pojechali razem do Wieliczki. Mi?dzy Adamem i Krystyn? wywi?za?o si? g??bsze uczucie, kt?re doprowadzi?o do rozbicia jej ma??e?stwa. Po roku by?a ju? ?on? Adama. Przypadek zrz?dzi?, ?e w par? lat p??niej Krystyna z?ama?a na nartach nog?. Leczy? j? chirurg Jerzy, kt?rego ?ona Anna prowadzi?a w Warszawie zak?ad kosmetyczny. Krystyna zacz??a odwiedza? ten zak?ad i stopniowo zbli?y?a si? z Ann?. Na imieninach u niej Adam pozna? zalotn? rozw?dk? Mari?, kt?ra go usidli?a, zwabi?a do siebie i wkr?tce nawi?za? si? mi?dzy nimi romans. Sprawa szybko wysz?a na jaw i Krystyna, pomimo wielu stara? ze strony Adama, opu?ci?a go, nie mog?c darowa? mu zdrady. Romans Adama z Mari? trwa? blisko dwa lata. Tu? przed wojn?, podczas pobytu nad morzem, Maria spotka?a swego kuzyna Witolda. Adam zainteresowa? si? jego ?on? Helen?, kt?ra na pla?y, w s?o?cu, wyda?a mu si? niezwykle poci?gaj?ca. W drugim roku okupacji Adam spotka? j? przypadkowo na ulicy. Dowiedzia? si? od niej, ?e jej m?? Witold zgin?? w O?wi?cimiu. Um?wi? si? z ni? raz i drugi. Niebawem zakocha? si? w niej bez pami?ci, zerwa? z Mari? i zaraz po wojnie o?eni? si? z Helen?.

W schematycznym skr?cie ten ?yciorys Adama przedstawia si? dosy? banalnie, obfitowa? on jednak w wiele dramatycznych spi??, wstrz?s?w, konflikt?w moralnych i g??bokich prze?y?. Wys?ucha?em go jak romantycznej powie?ci. Formu?uj?c m?j schemat, odar?em procesy psychologiczne z ich powabu, sp?yci?em je, ?eby uwydatni? jedynie ?a?cuch przyczynowy, kt?ry doprowadzi? mego pacjenta konsekwentnie od szkolnej ?lizgawki do p??niejszego ma??e?stwa z Helen?. Pomi?dzy pierwszym i ostatnim ogniwem ?a?cucha up?yn??o czterdzie?ci lat, w?a?nie ta zale?no?? kolejnych wydarze? u?atwia mi poznanie psychiki Adama, daje przes?anki do postawienia diagnozy i wskazuje na przyczyny schorzenia, kt?re w ostatnim roku doprowadzi?o go do schizofrenii. W moim opisie pomijam wiele istotnych fakt?w, gdy? nie jest to praca naukowa, kt?ra wymaga?aby przecie? bardzo szerokiego om?wienia szczeg???w. Chodzi mi jedynie o szkicowe zaznaczenie metody stosowanej przeze mnie w badaniu chorych. M?g?by kto? powiedzie?, ?e nie jest to metoda nowa. Oczywi?cie. Ale ja nada?em jej nie znany dot?d kierunek poprzez specjalny uk?ad schemat?w liczbowych, dzi?ki czemu mo?na dzi? w psychoterapii korzysta? z maszyn matematycznych, stosowa? sterowanie programowe i ustala? bezb??dne sposoby skutecznego leczenia zaburze? natury psychicznej.

Ameryka?scy plagiatorzy, stosuj?c swoj? metod? Programme Evaluation and Review Technique, okradli mnie z mego pomys?u zmieniaj?c jedynie nazw? wykres?w liczbowych na siatk? zale?no?ci. Nieraz ju? pada?em ofiar? podobnego z?odziejstwa, ale prawo nie zna ochrony my?li naukowej.

By?em przez dwana?cie lat dyrektorem G??wnej Kliniki Psychiatrycznej. Jako lekarz po?wi?ci?em si? badaniom nad schizofreni?. Opracowanie metody schemat?w liczbowych w zakresie analizy ?a?cuch?w przyczynowych przynios?o mi pewien rozg?os, a wiele z moich prac ukaza?o si? w ?wiatowej prasie specjalistycznej. Nie b?dzie mi to chyba poczytane za che?pliwo??, je?li stwierdz?, ?e dzi?ki tym publikacjom m?wi si? na Zachodzie o warszawskiej szkole psychiatrycznej. Poczciwi i ?atwowierni uczeni za granic? nie zdaj? sobie sprawy, ilu nieuk?w i szarlatan?w panoszy si? u nas w tej dziedzinie medycyny, Jaki? anonimowy sprawozdawca, recenzuj?c w "Kwartalniku Psychiatrycznym" moje prace dotycz?ce teorii schemat?w liczbowych, mia? czelno?? napisa?:

"Niekt?rzy dystymicy i kwerulanci, ciesz?cy si? nadmiernym, a w ka?dym razie niezas?u?onym autorytetem, szerz? niedorzeczne teorie, ?wiadcz?ce o zupe?nej nieznajomo?ci symptomatologii w zakresie objaw?w psychotycznych i sami kwalifikuj? si? raczej do roli pacjent?w ani?eli lekarzy".

Aluzja ta, rzecz prosta, wywo?a?a wiele szumu w ?rodowisku uniwersyteckim. D?ugo ukrywana zawi?? znalaz?a dla siebie uj?cie. Uwik?any w sie? intryg, musia?em zrzec si? katedry, a wkr?tce potem pod naciskiem w?adz prze?o?onych ust?pi?em ze stanowiska dyrektora G??wnej Kliniki Psychiatrycznej. Zmowa moich oponent?w i wrog?w doprowadzi?a do ca?kowitego niemal podkopania mego autorytetu naukowego. Pozosta?a mi praktyka prywatna, kt?r? dla unikni?cia dalszych nieprzyjemno?ci stara?em si? wykonywa? raczej w spos?b dyskretny.

Nie wdaj? si? tu w szczeg??y, chocia? m?g?bym bez trudu obali? stawiane mi zarzuty. Nie chcia?bym jednak obci??a? tej relacji balastem materia?u teoretyczno-naukowego, gdy? pos?u?y? ma ona jedynie do wyja?nienia decyzji, kt?r? powzi??em, a kt?r? osoby przynale?ne do pewnego typu konstytucjonalnego uznaj? za desperack?. Nie ma ona nic wsp?lnego z kompleksem Majakowskiego, jak okre?li? sk?onno?? do samob?jstwa profesor Siergiejew. My?l? raczej kategoriami Epikura: "P?ki jeste?my, nie ma ?mierci, a odk?d jest ?mier?, nie ma nas."

Pisz? to w pe?ni ?wiadomo?ci. Psychopata Nietzsche dla ratowania swej reputacji twierdzi?, ?e ob??d jednostki jest zjawiskiem niezmiernie rzadkim, natomiast u grup lud?w i epok wyst?puje jako regu?a. Mia? oczywi?cie na my?li uczonych, kt?rych m?zgi wskutek oszo?amiaj?cego rozwoju wiedzy wsp??czesnej ulegaj? protuberancjom i doprowadzane s? do stanu psychicznego wrzenia. Teza ta mo?e jest i s?uszna, ja jednak, Bogu dzi?ki, zdo?a?em zachowa? nienaruszaln? sprawno?? umys?u. Nie podoba si? to oczywi?cie zgrai zawistnych kombinator?w.

Dosz?y mnie wie?ci, ?e ten cynik, profesor Ligenhorn, na podstawie swojej absurdalnej teorii o intoksykacji psychotycznej dopatrzy? si? u mnie objaw?w schizofrenii, kt?rej uleg?em rzekomo przez obcowanie z osobnikami dotkni?tymi tym schorzeniem. Jest to zupe?na brednia, gdy? nie ma chyba w?tpliwo?ci, ?e zbli?one do siebie pogl?dy Morela i Kretschmera, oparte na fatalizmie dziedziczenia, s? jak najbardziej s?uszne i naukowo uzasadnione. Opinia Ligenhorna, zaprzyja?nionego z dygnitarzami z resortu zdrowia, stanowi?a jeden z podst?pnych chwyt?w, zmierzaj?cych do podci?cia mojej kariery.

I w?a?nie w tym tak krytycznym dla mnie momencie, kiedy czu?em si? osaczony ze wszystkich stron, zaproponowano mi, dzi?ki interwencji nieznanych przyjaci??, wyjazd do Strasburga. Zreszt? jestem przekonany, ?e przyczyni?o si? do tego wcze?niejsze zaproszenie ze strony profesora Garraud, kt?ry prowadzi w Strasburgu Instytut Psychiatrii Eksperymentalnej. Fakt zaproszenia, oczywi?cie, zatajono przede mn?, nie mam jednak w?tpliwo?ci, ?e uczony tej miary, co profesor Garraud, musia? zainteresowa? si? moj? metod? schemat?w liczbowych w diagnostyce i terapii chor?b psychicznych.

Z uczuciem zrozumia?ej ulgi zlikwidowa?em najwa?niejsze sprawy i wyjecha?em do Francji.

By?o to w lipcu 1962 roku. Utkwi?y mi w pami?ci po???k?e od posuchy pola, kt?re ogl?da?em z okiem wagonu, a tak?e zatarg ze wsp??pasa?erem, jakim? Francuzem, kt?ry na z?o?? mnie raz po raz otwiera? okno. Sprzeciwia?em si? temu, gdy? powiew wiatru targa? mi w?osy, co wywo?ywa?o we mnie dra?ni?ce uczucie ?askotania m?zgu. Pami?tam, ?e Francuz, podobnie jak ?w anonimowy paszkwilant z "Kwartalnika Psychiatrycznego", nazwa? mnie kwerulantem, ja za? pokaza?em mu j?zyk. By? to odruch niezbyt mo?e odpowiadaj?cy powadze mego wieku i stanowiska, ale dzi? sam ju? nie potrafi?bym go sobie wyt?umaczy?. Chyba post?pi?em tak wskutek owego ?askotania m?zgu.

Profesor Ren? Garraud okaza? si? cz?owiekiem niezwykle kulturalnym i przyj?? mnie z wielkimi honorami. Przedstawi? mi swoich wsp??pracownik?w, a nast?pnie poleci? mnie opiece jednego z asystent?w, doktorowi Adlerowi. Ten Alzatczyk o rudej czuprynie i wygl?dzie prowincjonalnego klowna nie wywar? na mnie przyjemnego wra?enia. Mia? tik w prawym oku, co nadawa?o jego s?owom i zachowaniu zabarwienie ironii czy drwiny. Zreszt? wyda? mi si? nieco podejrzany, gdy po wprowadzeniu mnie do apartament?w go?cinnych powiedzia?:

- Znajdzie tu kolega wszelkie niezb?dne leki. Ca?y personel naszego Instytutu obowi?zany jest stosowa? si? do zasad profilaktyki, celem unikni?cia intoksykacji psychotycznej. Udziel? koledze p??niej niezb?dnych wskaz?wek i zalece? przepisanych przez profesora Garraud.

Wyda?o mi si?, ?e poufa?o?? doktora Adlera by?a nie na miejscu. Aczkolwiek bowiem odebrano mi katedr? i gdyby nawet doktor Adler o tym wiedzia?, powinien by? tytu?owa? mnie profesorem. Wzmianka o intoksykacji psychotycznej wskazywa?a te? na to, ?e ze wszystkich osi?gni?? warszawskiej szko?y psychiatrycznej do Adlera dotar?y jedynie absurdalne pogl?dy Ligenhorna, kt?rego ja w?a?nie zwalcza?em jako dyletanta. Powstrzyma?em si? jednak od wszelkich uwag, aby w oczach cudzoziemca nie dyskredytowa? polskiego, b?d? co b?d?, lekarza, nawet tak ma?o zas?uguj?cego na szacunek, jak ten niedowa?ony pseudonaukowiec Ligenhorn. Przez chwil? ?a?owa?em nawet, ?e Ligenhorn nie przyjecha? tu ze mn?, gdy? jego starcze psychozy mog?yby by? skutecznie leczone w Instytucie profesora Garraud. Ale my?l t? uzna?em natychmiast za niedorzeczn?. Wyobra?am sobie, do jakich scysji mog?oby doj?? mi?dzy nami, gdybym musia? by? ?wiadkiem jego niepoczytalnych popis?w.

Oddany do mojej dyspozycji apartament na pierwszym pi?trze sk?ada? si? z du?ej sypialni, urz?dzonej ze smakiem, ale utrzymanej w stylu nowoczesnego szpitalnictwa. Do sypialni przylega? salonik i wygodna ?azienka. Spo?r?d zapowiedzianych przez doktora Adlera lek?w zauwa?y?em w szafie komplet tabletek o nie znanej mi nazwie "Nosilid" oraz aparat elektryczny wynalazku profesora Garraud, nosz?cy znak jego patentu. By?a to obr?cz przystosowana do wymiar?w czaszki ludzkiej, zaopatrzona w trzy regulatory.

Przez kurtuazj? i szacunek dla moich gospodarzy poddawa?em si? ich zabiegom przez ca?y czas pobytu w Strasburgu, chocia? uwa?a?em je za zb?dne i nonsensowne.

Wieczorem profesor Garraud zaprosi? mnie na obiad do wykwintnej restauracji "La belle Alsacienne" przy ulicy ?wi?tej Genowefy. Obecni byli r?wnie? jego asystenci, doktor Adler i Amblard, oraz neurochirurg, s?awny profesor Charles du Crochet.

Rozmawiali?my o sprawach oboj?tnych. Musia?em opowiada? im o Warszawie, kt?r? doktor Amblard zna? jeszcze sprzed wojny, o "Fizykach" D?rrenmata, o sytuacji w polskiej onkologii.

- S?dz? - powiedzia? profesor Garraud - ?e wasza rodaczka, pani Curie, musia?a szczeg?lnie zawa?y? na kierunku bada? nad istot? nowotwor?w z?o?liwych. Nale?y przypuszcza?, ?e w?a?nie z Polski b?d? promieniowa?y nowe idee w dziedzinie walki z rakiem.

- Pani Curie-Sk?odowska - odrzek?em k?ad?c szczeg?lny nacisk na polsk? cz??? jej nazwiska - pchn??a naprz?d ca?? nauk? ?wiatow?, nie tylko nasz?. Ale jak dot?d zespolone wysi?ki wszystkich uczonych nie da?y upragnionych rezultat?w. Nie ??dajcie od Polak?w zbyt wiele, wystarczy na razie to, co zdzia?ali?my w dziedzinie psychiatrii.

Garraud nie podtrzyma? tego tematu, tylko zacz?? rozwodzi? si? nad zaletami win alzackich. Nazwa? kilka ich gatunk?w oraz wymieni? szczeg?lnie warto?ciowe roczniki.

- Wypijmy na cze?? naszego go?cia - rzek? z u?miechem du Crochet i kaza? kelnerowi nape?ni? kieliszki.

- Romain Rolland, ten zna? si? na winach! - zawo?a? ni z tego, ni z owego doktor Amblard. - Mo?na mu by?o zmiesza? w kieliszku pi?? gatunk?w bia?ego wina, a on nieomylnie potrafi? rozr??ni? ka?dy z nich i w dodatku okre?li? jego rocznik. Tylko cz?owiek o takim podniebieniu m?g? napisa? "Colas Breugnon".

Doktor Adler nie tkn?? wina. Jestem mo?e nieco przewra?liwiony, ale poczu?em si? dotkni?ty, ?e ten rudzielec pomin?? toast wzniesiony na moj? cze??.

- Kolega po raz drugi okazuje mi brak szacunku - powiedzia?em szorstko i prztykn??em palcem w jego kieliszek.

Alzatczyk zaczerwieni? si?, pofolgowa? swemu tikowi, po czym rzek?:

- Z pana jest typowy Polak. Zna?em takich podczas wojny.

Du Crochet mrugn?? do mnie porozumiewawczo, a po pewnej chwili, gdy Adler poszed? do telefonu, powiedzia? do mnie poufnie:

- Biedak ma obsesj? na jednym punkcie. Jest przekonany, ?e Niemcy, uciekaj?c st?d, zatruli wszystkie alzackie winnice. Profesorze - zwr?ci? si? do Garrauda - kiedy wreszcie wybije pan z g?owy swemu asystentowi l?k przed winem?

- To drobiazg. Mam nadziej?, te przy zastosowaniu mego cyborgizatora szybko usun? te objawy.

- Czy mowa o jakim? nowym leku? - zapyta?em.

- Nie, cyborgizator to aparat, kt?ry opracowa?em wsp?lnie z ameryka?skim uczonym Klinem. Zreszt? znajduje si? on w pa?skim pokoju. S?dz?, ?e zechce pan z niego skorzysta?. Jego urz?dzenie elektroniczne zast?puje w pe?ni bod?ce biochemiczne i daje cz?owiekowi mo?liwo?? adaptacji do normalnego ?rodowiska. Sam si? pan przekona, drogi panie Sotel?.

Nazwisko moje wym?wi? z francuska, co brzmia?o jak "sautez l?". By? w tym odcie? ledwie dostrzegalnej ironii, na kt?r? musia?em, rzecz prosta, zareagowa?.

- Polacy nie skacz? - powiedzia?em. - Polacy krocz? do wytkni?tego celu.

Amblard wzi?? to za dowcip i zarechota? rubasznie. ?mia? si? pobekuj?c jak kozio?. Zreszt?, je?li przyj??, ?e ka?dy cz?owiek przypomina jakie? zwierz?, musz? stwierdzi?, ?e Amblard mia? w sobie w?a?nie co? wyra?nie koziego. Nosi? jasn?, jedwabist? br?dk?, a w?osy rozczesywa? na boki i uk?ada? je w ro?ki po obu stronach g?owy. Nos mia? nieco sp?aszczony, o du?ych, brzydkich nozdrzach, M?wi? niewyra?nie i z lekka sepleni?.

Na tle koziog?owego Amblarda i rudego Adlera Garraud prezentowa? si? wyj?tkowo nobliwie. Bujne, siwe w?osy podkre?la?y wyraz czarnych oczu o inteligentnym, sugestywnym spojrzeniu. By?y to oczy je?li nie hipnotyzera, to w ka?dym razie cz?owieka pewnego siebie, kt?ry potrafi narzuci? innym swoj? wol?.

Nawi?zuj?c do jego wzmianki o cyborgizatorze, powiedzia?em ?widruj?c go wzrokiem:

- Urz?dzenie elektronowe, o kt?rym pan wspomnia?, by?oby chyba przydatne do mojej metody wykres?w liczbowych, przystosowanych do sterowania programowego.

- No tak, owszem, ale... niezupe?nie - odrzek? Garraud i spojrza? ukradkiem na Amblarda, co nie usz?o mojej uwagi. - A propos... Jest w klinice naszego Instytutu pewna pacjentka, pa?ska rodaczka. By?oby dobrze, gdyby zechcia? si? pan ni? zaj??. Patofizjologia wy?szych czynno?ci nerwowych daje obecnie mo?no?? wyt?umaczenia mechanizmu objaw?w chorobowych tej kobiety. Stwierdzili?my u niej schizofreni? urojeniow?. Mo?e zatem pan, stosuj?c swoj? metod?, wyja?ni patogenez? choroby i znajdzie skuteczne sposoby terapii. Przyznaj?, ?e nasze wysi?ki nie da?y dot?d po??danego rezultatu.

Po wys?uchaniu tej dosy? m?tnej wypowiedzi Garrauda zrodzi?o si? we mnie podejrzenie, ?e ten wybitny uczony jest w gruncie rzeczy francuskim odpowiednikiem naszego Ligenhorna. Nie da?em jednak nic po sobie pozna?.

- Ceni? pa?skie zaufanie, profesorze - powiedzia?em z udanym szacunkiem. - Ch?tnie podejm? si? leczenia mojej rodaczki. Uwa?am to za m?j obowi?zek i jestem przekonany, ?e nie zawiod? pok?adanych we mnie nadziei.

- Wy, Polacy, macie ogromn? pewno?? siebie - zauwa?y? Adler. - W psychiatrii ma ona decyduj?ce znaczenie.

U?miechn??em si? pob?a?liwie i rzek?em z naciskiem:

- Tak, my, Polacy, nie skaczemy, lecz kroczymy do wytkni?tego celu.

Du Crochet odwi?z? nas swoim samochodem do Instytutu. Siedzia?em na przednim siedzeniu obok niego. Powiedzia? do mnie p??g?osem:

- Niech pan ich nie dra?ni. Prosz? to przyj?? jako przyjacielsk? rad?, Jestem neurochirurgiem i nie znam si? na abstrakcjach. Ale wiem, ?e psychiatrzy s? piekielnie dra?liwi. Pan, jako cudzoziemiec, mo?e napotka? tu wiele rzeczy dla siebie niezrozumia?ych. W ko?cu ?yjemy w?r?d ludzi psychicznie chorych, a to nie jest ani proste, ani ?atwe. Zreszt?, wed?ug mego przekonania, wszyscy ludzie w jakim? stopniu dotkni?ci s? chorob? psychiczn?.

Gdy znalaz?em si? w swoim pokoju, poczu?em ?miertelne znu?enie, a mimo to d?ugo nie mog?em zasn??. Znowu opanowa?o mnie uczucie osaczenia. Dopiero o ?wicie zapad?em w kamienny sen. Obudzi?o mnie pukanie do drzwi. Pokoj?wka Colette przynios?a ?niadanie.

2

Wkr?tce zjawi? si? doktor Adler. Mia? na sobie jedwabny kraciasty szlafrok, a pod spodem pi?am?. Poprzedniego dnia s?dzi?em, ?e zar?wno on, jak i profesor Garraud w chwili mego przybycia odbywali poobiedni? drzemk? i na czas nie zd??yli si? przebra?. By?em nawet nieco ura?ony t? nonszalancj?, ale uprzedzaj?ca serdeczno?? Garrauda szybko z?agodzi?a uczucie podra?nienia. Teraz przygl?da?em si? Adlerowi z wyra?nym zdziwieniem.

Adler przyja?nie poklepa? mnie po ramieniu i rzek?:

- Musz? poinformowa? pana o panuj?cych u nas zwyczajach. W zesz?ym roku profesor uleg? intoksykacji psychotycznej i podczas kuracji stwierdzi?, ?e bia?e kitle personelu szpitalnego wp?ywaj? deprymuj?co i rozdra?niaj? chorych. Gdy wi?c powr?ci? do zdrowia, wyda? zarz?dzenie, aby lekarze nie r??nili si? ubiorem od pacjent?w. Odt?d wszyscy chodzimy w pi?amach i nosimy szpitalne szlafroki. Pana r?wnie?, drogi kolego, przepraszam, profesorze, obowi?zywa? b?dzie ten str?j.

Gdy to m?wi?, w nerwowym tiku przymru?y? oko, co wygl?da?o szczeg?lnie dwuznacznie. Nast?pnie Adler poda? mi dwie tabletki "Nosilidu" prosz?c, abym je przy nim od razu za?y?. Postanowi?em stosowa? si? do obowi?zuj?cego regulaminu, dlatego te? bez oporu po?kn??em podane mi tabletki, jak r?wnie? zgodzi?em si? w?o?y? na g?ow? idiotyczny cyborgizator.

- Nie ma to nic wsp?lnego z elektroencefalografi? - pospieszy? zauwa?y? Adler. - Cyborgizator po??czony jest przewodami z aparatur? centraln?, gdzie nasi specjali?ci prowadz? odpowiednie obserwacje i reguluj? wewn?trzne ?rodowisko organiczne pacjenta. Jest to zabieg nader skuteczny w presbiofrenii, a zw?aszcza w chorobie Alzheimera, na kt?r? w?a?nie zapad? profesor Garraud. Profesor cierpia? na pora?enie nerw?w czaszkowych, dr?enie j?zyka i zaburzenia mowy. Ale dzi? jest zdr?w jak ryba, nieprawda?? Sam pan m?g? to wczoraj stwierdzi?.

Podczas tej paplaniny Adler manipulowa? regulatorami na obr?czy cyborgizatora i musz? przyzna?, ?e odczuwa?em dziwn? b?ogo?? w ca?ym organizmie, a tak?e w umy?le moim zapanowa?o niejak?e ukojenie. Tik Adlera mniej mnie dra?ni? ni? przedtem. Powiedzia?bym, ?e uprzedzenie, jakie ?ywi?em do Alzatczyka, ust?pi?o teraz miejsca uczuciu pewnej sympatii.

Zanim jeszcze sko?czy? si? zabieg, Adler zadzwoni? na piel?gniark?. Po chwili zjawi?a si? mademoiselle Reymond, przezywana og?lnie ?ab?. By?a to stara panna z bielmem na lewym oku, niezwykle korpulentna i silna jak atleta, dzi?ki czemu pacjenci odnosili si? do niej z wielkim respektem. ?aba przynios?a mi szlafrok, taki sam, jaki mia? na sobie Adler. Powiedzia?a grubym, nie dopuszczaj?cym sprzeciwu g?osem:

- W szufladzie biurka znajdzie pan regulamin naszego Instytutu. Obowi?zuje on wszystkich przebywaj?cych w tym budynku. W pawilonie zachodnim znajduj? si? chorzy niebezpieczni dla otoczenia. Zwiedzanie pawilonu dopuszczalne jest tylko za uprzednim zezwoleniem ordynatora, gdy? po wstrz?sach elektrycznych wi?kszo?? chorych wymaga spokoju. A teraz obaj panowie s? proszeni do profesora Garraud.

Stwierdzi?em nie bez zdziwienia, ?e ten powa?ny uczony siedzi przy biurku i zabawia si? uk?adaniem z zapa?ek r??nych figur geometrycznych.

- Widzi pan - rzek? do mnie z rozbrajaj?cym u?miechem - pa?ska koncepcja wykres?w liczbowych nasun??a mi my?l rozwini?cia uj?? arytmetycznych w sekwencje geometryczne.

Z tymi s?owy zgarn?? zapa?ki, jak gdyby obawia? si?, a?ebym nie podpatrzy? jego pomys?u.

Udali?my si? na zwiedzanie Instytutu. Jak ju? wspomnia?em, w pawilonie zachodnim mie?ci? si? oddzia? dla ci??kich przypadk?w chor?b psychicznych, gdzie osoby postronne nie mia?y wst?pu. Zreszt? przypadki te nie nale?a?y do mojej specjalno?ci, zrezygnowa?em wi?c ch?tnie z odwiedzenia pawilonu. W skrzydle wschodnim znajdowa? si? oddzia? chirurgiczny, gdzie kr?lowa? Charles du Crochet. Z du?ym niesmakiem asystowa?em przy operacji m?zgu, kt?r? ten s?awny rze?nik przeprowadza? przy pomocy skalpela gazowego, skonstruowanego przez ameryka?ski Instytut Wiedzy Medycznej. By?y to pierwsze pr?by zastosowania nowej metody, kt?re ko?czy?y si? przewa?nie, jak poinformowa? mnie Adler, ?mierci? pacjent?w. Niemniej jednak s?awa du Crocheta ros?a i eksperymenty jego przynosi?y mu coraz wi?kszy rozg?os. Zreszt? podobne operacje, dokonywane przy pomocy no?a laserowego, dawa?y jak najlepsze wyniki, ale nie zaspokaja?y dostatecznie nowatorskich ambicji chirurga.

W g??wnym gmachu na parterze mie?ci?a si? kancelaria, izba przyj??, restauracja dla personelu oraz liczne magazyny. Pierwsze pi?tro zajmowa?y gabinety i apartamenty lekarzy. Trzy pozosta?e pi?tra stanowi?y w?a?ciw? klinik?, przeznaczon? wy??cznie do leczenia wszelkich postaci schizofrenii oraz niekt?rych objaw?w psychozy starczej, jak presbiofrenia, zw?aszcza za? amnestyczny syndrom Korsakowa, stanowi?cy temat nowej pracy Garrauda. Tak, tutaj mog?em zademonstrowa? zarozumia?ym Francuzom moj? niezawodn? metod? wykres?w liczbowych.

Po korytarzach snuli si? pacjenci zdradzaj?cy zupe?ne ot?pienie i oboj?tno??, Po prostu nie dostrzegali naszej obecno?ci.

- Unikamy w stosunku do pacjent?w najmniejszych nawet pozor?w izolacji - rzek? che?pliwie profesor Garraud. - Nie usuwamy klamek, pozwalamy nawet chorym wychodzi? do miasta. Jeste?my o nich zupe?nie spokojni. Dzi?ki cyborgizatorom oraz przy zastosowaniu 1,3,3, tr?jcjanoaminoproprenu panujemy ca?kowicie nad ich wol?. S? oni przez nas niejako zdalnie kierowani. Dopiero doprowadzeni do takiego stanu wykazuj? podatno?? na dzia?anie terapii indywidualnej. Prosz? spojrze? na tego starca.

- Ojcze Pujot - zwr?ci? si? do stoj?cego przy oknie ?ysego, wychudzonego osobnika - pozw?lcie tu na chwil?.

Starzec niech?tnie, trz?s?c si? jak w febrze, podszed? do nas i spojrza? spode ?ba na Garrauda.

- Zabili?cie siekier? c?rk? i wnuka, nieprawda??

- Zabi?em, panie s?dzio - rzek? oboj?tnym g?osem Pujot.

- Nie jestem s?dzi?, m?wi?em wam o tym.

- Nie jest pan s?dzi? - powt?rzy? pos?usznie Pujot.

- Czy teraz tak?e zdolni byliby?cie ich zabi??

- Przecie? wiadomo, ?e jestem niepoczytalny.

- Ale czy zdajecie sobie spraw? z potworno?ci swego czynu?

- Jak pan rozka?e, panie s?dzio.

- Kolego Adler - zwr?ci? si? Garraud do Alzatczyka - prosz? wstrzyma? cyborgizacj? i podwoi? dawk? lek?w. Od jutra zastosujemy wstrz?sy elektryczne.

Pujot przesta? dygota? i rzek? g?osem zupe?nie normalnym:

- Panie doktorze, b?agam pana, zwolnijcie mnie do domu. Mam jeszcze drug? c?rk?, mieszka w Audruicq, niedaleko St. Omer. Nikogo nie zabij?, panie doktorze, daj? s?owo.

- Nie mog? was jeszcze wypisa? - rzek? Garraud.

A kiedy ruszyli?my w dalszy obch?d, powiedzia? do mnie znacz?co:

- Oni wszyscy symuluj? zdrowych, przekona si? pan.

Z pawilonu zachodniego dobieg? brz?k t?uczonych szyb i dzikie wrzaski jakiego? szale?ca. Zbli?y?em si? do okna. Za kratami pawilonu dostrzeg?em dw?ch barczystych piel?gniarzy, kt?rzy szamotali si? z pacjentem. Mia? pokrwawion? twarz i wydziera? si? wniebog?osy:

- Ty jeste? Obersturf?hrer Krone! Poznaj? ci?! Ratunku!

Adler odci?gn?? mnie od okna:

- Chod?my, chod?my... Profesor chce oprowadzi? pana po oddziale kobiecym.

Weszli?my po schodach na trzecie pi?tro. W jednej z sal grupa kobiet ?piewa?a p??g?osem "Quand nous chanterons le temps de cerises".

Pacjentki zajmowa?y przewa?nie dwuosobowe pokoje, ?adnie urz?dzone, r??ni?ce si? ca?kowicie od pomieszcze? szpitalnych, kt?re widzia?em na oddziale m?skim. Przypomina?y raczej apartamenty w komfortowym pensjonacie. Ale i tutaj chore prze?lizgiwa?y si? po nas t?pym spojrzeniem, chocia? by?y starannie ubrane i uczesane z przesadn? kokieteri?.

Jedna z nich, przedwcze?nie posiwia?a, ale o m?odej i ?adnej twarzy, podesz?a do nas i powiedzia?a jakby od niechcenia:

- O?e? si? ze mn?, s?yszysz, ty! Albo ty! Albo ty! Albo ty!

Wymawia?a te s?owa jak automat, po czym gwa?townie odwr?ci?a si? i znikn??a w swoim pokoju.

- To w?a?nie pa?ska rodaczka, o kt?rej panu wspomina?em - rzek? Garraud. - Prosz?, niech si? pan ni? zajmie. Mo?e pana b?dzie darzy?a wi?kszym zaufaniem.

Po zwiedzeniu kliniki rozsta?em si? z francuskimi kolegami, a po obiedzie wr?ci?em zn?w na oddzia? kobiecy.

Ta, kt?r? nazwano moj? rodaczk?, siedzia?a w pokoju sama. Pi?rkiem w zeszycie rysowa?a ptaki, ale wszystkie obute by?y w damskie pantofelki na wysokim obcasie.

- Pani rysuje? - odezwa?em si? po polsku.

- Przecie? pan widzi. Czy pan te? ma ch?? traktowa? mnie jak umys?owo chor?? A w og?le prosz? si? przedstawi?. Przynajmniej my zachowujmy jakie? przyzwoite formy.

- Pani wybaczy - rzek?em speszony - jestem profesorem z Warszawy. Nazywam si? Witold Sotela. Przyjecha?em tu zapozna? si? z francuskim lecznictwem... Dowiedzia?em si?, ?e pani jest Polk?...

- No i c?? z tego? Czy pan te? ma zamiar mnie leczy??

- Przyszed?em porozmawia? z pani?. Chcia?bym w zamian za moj? ?yczliwo?? pozyska? pani zaufanie.

- O, jestem gotowa zaufa? ka?demu, kto nie nale?y do tej nikczemnej zgrai. Czy dawno pan tu przyjecha??

- Wczoraj po po?udniu.

- To dobrze. Jeszcze nie zd??yli pana op?ta?. Trzeba si? mie? na baczno?ci. Ostrzegam.

Ju? tych kilka zda? potwierdzi?o s?uszno?? diagnozy Garrauda. M?oda kobieta zdradza?a objawy schizofrenii urojeniowej. Trzeba by?o pozna? bli?ej jej stany maniakalne i przyst?pi? czym pr?dzej do opracowania wykresu liczbowego.

- My?la?am, ?e pan jest jednym z pacjent?w, kt?remu kazali, aby mi nadskakiwa? - rzek?a po chwili namys?u. - Maj? szczeg?lne zami?owanie do kojarzenia par. Zw?aszcza ten erotoman Amblard. Nie mo?na si? od niego op?dzi?. Pan jest lekarzem? Ciekawe. Oni tu wszyscy nosz? szlafroki szpitalne, ?eby ich trudniej by?o rozpozna?. Chodz? mi?dzy nami i szpieguj?. Ale ja jestem dobrze zorientowana. Siedz? tu od roku i w dodatku po raz trzeci. Wmawiaj? we mnie chorob?, k?ami?, kr?c?, a trzymaj? mnie w szpitalu po to, ?eby na mnie eksperymentowa?. Jestem im potrzebna. Zreszt? musz? pana ostrzec, ?e tu wszyscy symuluj?. Zdrowi symuluj? chorych i odwrotnie. Ja te? symuluj?, ?eby im dogodzi?. A wszyscy lekarze s? psychicznie chorzy. Niech pan uwa?a! W zesz?ym roku profesor Garraud dosta? ataku sza?u i o ma?o nie udusi? du Crocheta. A potem du Crochet przez zemst? chcia? operowa? Garrauda. My?la?am, ?e si? pozabijaj?. Najwi?cej symulant?w jest w pawilonie zachodnim. Tam ukrywaj? si? zbrodniarze wojenni i kolaboranci z czas?w okupacji. To robota Adlera. Rozpozna?am w nim dawnego gestapowca. Chcia? mnie za to otru?. Stale mi podsuwa zatrute pigu?ki. Ale ja udaj? tylko, ?e je po?ykam. Wszystko wyrzucam! Wyrzucam! Wyrzucam!

By?a tak wzburzona swymi urojeniami, ?e m?wi?a coraz szybciej i coraz bardziej niedorzecznie. Stara?em si? j? uspokoi?, a w ko?cu, aby jej d?u?ej nie dra?ni? rozmow?, wyszed?em i wr?ci?em do swego apartamentu.

Analizowa?em dok?adnie opowiadanie nieszcz?snej schizofreniczki i uk?ada?em w my?li plan najw?a?ciwszej metody leczenia.

Odwiedza?em j? odt?d codziennie. Przy pomocy wielu podst?pnych pyta? i zabieg?w zdo?a?em stopniowo wydoby? od niej to, co by?o mi potrzebne do wyprowadzenia ?a?cucha przyczynowego z ?yciorysu pacjentki i opracowania na tej podstawie wykresu liczbowego.

Po up?ywie dw?ch tygodni wiedzia?em ju? o niej wszystko.

3

Nazywa?a si? Kira Sowicka. Urodzona w roku 1927 w Radomiu. Kiedy mia?a lat jedena?cie, przenios?a si? z rodzicami i siostr? bli?niaczk? do Warszawy. Ojciec jej by? nauczycielem i zgin?? na pocz?tku wojny. Matka wraz z c?rkami zajmowa?a si? podczas okupacji kolporta?em prasy podziemnej. Utrzymywa?y si? z preparowania li?ci tytoniowych oraz z wyrobu i sprzeda?y papieros?w. W lutym 1944 roku w ?apance ulicznej znaleziono przy nich gazetki. Naprz?d trzymano je na Pawiaku, potem wys?ano do obozu koncentracyjnego w Ravensbr?ck. Po dw?ch miesi?cach przewieziono je do Mauthausen. Przesz?y wszystkie okropno?ci ?ycia obozowego. Pod koniec roku Kir? umieszczono w bloku szpitalnym. Tam dowiedzia?a si? o ?mierci matki i siostry. W kwietniu 1945 roku organizacja obozowa w??czy?a j? do grupy Francuzek, kt?re hitlerowcy wymieniali za pojmane w po?udniowej Francji ?ony niemieckich dygnitarzy. Dosta?a fa?szywe dokumenty i jako Francuzka samochodem Szwajcarskiego Czerwonego Krzy?a opu?ci?a ob?z. Po przekroczeniu granicy, pod wp?ywem tragicznych prze?y?, nerwowego napi?cia i nag?ego odpr??enia, nast?pi?o w niej za?amanie psychiczne, kt?re doprowadzi?o do silnego szoku. Umieszczono j? w paryskiej klinice psychiatrycznej, gdzie p??niej pracowa?a jako piel?gniarka. Do Polski nie mia?a do kogo wraca?. Po czterech latach atak choroby si? powt?rzy?. Skierowano j? wtedy do Instytutu Psychiatrii Eksperymentalnej. Po roku profesor Garraud uzna?, ?e jest ca?kowicie wyleczona. Wyrobi? jej posad? w Strasburgu na bardzo dobrych warunkach, ale po kilku latach objawy choroby zacz??y powraca?. Zapewne wskutek manii prze?ladowczej, a tak?e rozwijaj?cej si? pelagry Kira dwukrotnie usi?owa?a pope?ni? samob?jstwo. Profesor Garraud leczy? j? prywatnie, w ko?cu jednak uzna? za konieczne umieszczenie jej w swoim zak?adzie.

Przytaczam tu tylko najistotniejsze fakty z ?ycia Kiry. Ich dok?adny opis zaj?? pi?tna?cie stron maszynopisu. Opracowywa?em go przez kilka dni, po czym zabra?em si? do uk?adania wykresu liczbowego.

Poniewa? niekt?re szczeg??y, podane przez Kir?, budzi?y we mnie w?tpliwo?ci, postanowi?em skonfrontowa? je z zapisem w karcie choroby.

Zszed?em wi?c pewnego dnia na parter do kancelarii. By?a to pora obiadowa i ca?y personel biurowy uda? si? zapewne do restauracji na sakramentalne d?jeuner. Sekretarka, kt?ra w tym czasie powinna pe?ni? dy?ur, by?a nieobecna.

Pozwoli?em sobie wobec tego na rzecz niezbyt mo?e w?a?ciw? i sam zabra?em si? do szperania w szafie zawieraj?cej kartoteki chorych. Szuka?em na liter? "S" i nagle, ku memu nieopisanemu zdumieniu, wpad?a mi w r?ce teczka z napisem "Sotela Witold", Otworzy?em teczk? i zacz??em czyta?. Przyznaj?, ?e z trudem mog?em opanowa? wzburzenie. Pozna?em drobne, kaligraficzne pismo Adlera. To on pisa? o mnie:

"Polak z Warszawy. Urodzony w roku 1909. Z wykszta?cenia matematyk, Rzekomo uko?czone studia medyczne we Fryburgu. Cierpi na schizofreni? urojeniow?... Podaje si? za kierownika warszawskiej kliniki psychiatrycznej, za profesora uniwersytetu. Przypisuje sobie wynalezienie rewelacyjnych jakoby metod leczniczych. Objawy charakterystyczne: konfabulacja, amnestyczny syndrom Korsakowa, apraksja. Skierowany na zlecenie w?adz polskich. Opis choroby i jej dotychczasowego przebiegu nades?a? profesor dr Ligenhorn, cz?onek honorowy Francuskiej Akademii Medycznej."

Oto, do czego zdolni s? ludzie! Ten dyletant i nieuk, kt?rym zawsze pogardza?em, okaza? si? na dobitek zwyk?ym szubrawcem. Nie przypuszcza?em, ?e zawi?? zawodowa mo?e doprowadzi? do podobnego upodlenia.

Pierwszym moim odruchem by?o zniszczy? oszczerczy dokument. Mia?em nawet nieodparte pragnienie, aby zdemolowa? kancelari?, powybija? szyby, podpali? ca?y ten kram, ale ogromnym wysi?kiem woli zdo?a?em si? opanowa?. Podobny post?pek m?g?by by? komentowany jako potwierdzenie oszczerczej diagnozy Ligenhorna. Nie wolno by?o do tego dopu?ci?. Niepostrze?enie wymkn??em si? z kancelarii i nigdy nie da?em po sobie pozna?, ?e wiem o istnieniu mojej teczki w szpitalnej kartotece. Zdwoi?em czujno?? i okazywa?em odt?d szczeg?ln?, cho? udan? uleg?o?? profesorowi Garraud, a zw?aszcza Adlerowi, kt?ry nade mn? roztacza? opiek?. Poddawa?em si? r?wnie? rozmaitym idiotycznym zabiegom, demaskuj?c w my?lach nieudoln? szarlataneri? personelu lekarskiego. Z prawdziw? ?yczliwo?ci? odnosi?em si? jedynie do m?odziutkiej i bardzo ?adnej lekarki, panny Rivi?re, smutnej i apatycznej, sk?onnej zawsze do westchnie? i ?ez. By?o widoczne, ?e nie wytrzymuje nerwowo atmosfery panuj?cej w Instytucie. Stara?em si? j? podtrzyma? na duchu. A jednak w dwa miesi?ce po moim przyje?dzie pope?ni?a samob?jstwo. Wyskoczy?a z czwartego pi?tra. Podejrzewam, ?e do tego desperackiego kroku doprowadzi? j? doktor Amblard, kt?ry po nocach dobija? si? do jej pokoju. Wiem o tym, gdy? cz?sto sp?dza?em noce u niej i wraz z ni? analizowa?em metod? r?wna? seksualnych ogniwa naszego ?a?cucha przyczynowego.

Choroba Kiry nie budzi?a we mnie ?adnych w?tpliwo?ci. Jako podstawowy objaw wyst?powa? u niej autyzm wyra?aj?cy si? g??wnie w ot?pieniu uczuciowym. Na to k?ad?em szczeg?lny nacisk przy uk?adaniu wykresu liczbowego. Odk?d zrezygnowa?em ze wsp??pracy z Garraudem, mog?em po?wi?ci? si? ca?kowicie leczeniu Kiry i Simony Tournier, kt?ra dzieli?a z ni? pok?j. Pocz?tkowo asystowa?em w naradach z ordynatorami i adiunktami oraz w konsultacjach ze sta?ystami. Jednak nieustanne interpretacje stan?w psychotycznych wed?ug metody Ligenhorna, sta?e powo?ywanie si? na jego prace w dziedzinie patofizjologii, kurczowe trzymanie si? pogl?d?w tego nieuka doprowadza?o mnie do stanu skrajnego rozdra?nienia. Nie mog?em d?u?ej znie?? tych szykan, podkre?lanych jeszcze szyderczym tikiem Adlera, i pod pierwszym lepszym pretekstem wycofa?em si? z dalszej wsp??pracy z Garraudem. Poprosi?em go, aby mi przydzieli? kilka pacjentek z oddzia?u kobiecego, kt?re m?g?bym leczy? moj? w?asn? metod?.

Garraud wzruszy? tylko ramionami, spojrza? porozumiewawczo na Amblarda i rzek?:

- Oczywi?cie, ch?tnie dam panu woln? r?k?. Prosz? zaj?? si? pacjentkami z pokoju numer 29. Ich stan wymaga szczeg?lnie umiej?tnego i troskliwego podej?cia.

W ten spos?b Kira i pani Tournier dosta?y si? pod moj? wy??cznie opiek?. Mog?em ca?kowicie po?wi?ci? si? ich leczeniu.

Simona Tournier cierpia?a na hebefreni? po??czon? z halucynacjami, kt?re pod wp?ywem mojej obecno?ci, jak wkr?tce zdo?a?em to stwierdzi?, wype?nia?y si? urozmaicon? tre?ci? o zabarwieniu erotycznym. Za ka?dym razem widzia?a we mnie jednego ze swoich urojonych kochank?w, wskutek czego z trudem udawa?o mi si? opanowa? jej natarczywo??. Simona by?a bardzo pi?kn? kobiet? i noce sp?dzone przy niej, gdy Kira pod wp?ywem ?rodk?w nasennych twardo spa?a, pozostawi?y we mnie niezatarte wspomnienia. Tak czy inaczej zdo?a?em w szybkim czasie przywr?ci? jej r?wnowag? psychiczn? i dzi?ki umiej?tnie wyprowadzonym wykresom liczbowym uwolni? j? od halucynacji. Garraud wysoko oceni? moj? metod? lecznicz? i wkr?tce wypisa? Simon? ze szpitala.

Pozosta?a mi wi?c tylko Kira, kt?rej leczeniem zaj??em si? ze zdwojonym wysi?kiem.

By?a to kobieta w pe?ni rozkwitu, wybitnie inteligentna i niezwykle wra?liwa. Powiedzia?bym, u?ywaj?c terminu mo?e nie ca?kiem naukowego, ?e obok innych uroje? maniakalnych cierpia?a na kompleks matrymonialny. Zwrot "o?e? si? ze mn?", kierowany do ka?dego spotkanego m??czyzny, znany by? w?r?d pacjent?w na ca?ym oddziale. Powtarza?a go te? za ka?dym razem, gdy zjawia?em si? u niej w pokoju.

Bada?em j? codziennie internistycznie, aby mia?a poczucie lekarskiej troskliwo?ci. Badania te wp?ywa?y na ni? uspokajaj?co, a mnie dawa?y zawodow? satysfakcj?. Adler, kt?ry wszed? kiedy? przypadkowo do pokoju, przygl?da? si? mojej pracy z aprobat?. Jednak w czasie obiadu pozwoli? sobie na powiedzenie p?? ?artem, p?? serio:

- Radz? wzi?? jeszcze kawa?ek kurcz?cia, ?eby nie musia? pan po?era? wzrokiem pacjentki. Kurcz? jest o wiele zdrowsze dla ludzi w naszym wieku.

By?a to wyra?na z?o?liwo??, zw?aszcza ?e Adler jest m?odszy ode mnie o lat co najmniej pi?tna?cie.

Odpowiedzia?em mu kostycznie:

- M?g?bym dopatrywa? si? w pa?skich s?owach francuskiej erotomanii, gdyby oczywi?cie by? pan Francuzem.

Adler sp?sowia? i rzek?:

- Jestem oficerem Legii Honorowej.

Po czym wsta? i przesiad? si? do innego sto?u.

Pomimo starannie i wyczerpuj?co u?o?onego wykresu liczbowego, pomimo wielu skomplikowanych oblicze? matematycznych stan zdrowia Kiry poprawi? si? tylko nieznacznie. Trapi?a j? w dalszym ci?gu mania prze?ladowcza, ba?a si? przyjmowa? posi?ki, przynosi?a sobie z pobliskiego sklepu owoce i papierosy. Moich nie chcia?a pali?, jakkolwiek mia?a do mnie pe?ne zaufanie. Musia?em odwiedza? j? w porze obiadu i kosztowa? ka?dej potrawy, zanim zdecydowa?a si? na jej zjedzenie.

Po p??rocznym pobycie w klinice Instytutu czu?em si? pe?en si? i energii, chocia? stosowa?em si? do miejscowego regulaminu tylko ze wzgl?du na profilaktyk?. Sta?em si? mniej dra?liwy i nawet zgodzi?em si? na m?wienie sobie z Adlerem po imieniu. Nabra?em te? przekonania do Amblarda i nie chc?c robi? mu przykro?ci, poddawa?em si? r??nym zabiegom, kt?re wykonywa? na mnie, jak s?dz?, dla wprawy. Da?em si? r?wnie? nam?wi? do za?ywania "pigu?ek szcz??cia", wytwarzanych przez szpitalny dzia? farmaceutyczny. Potem dowiedzia?em si? z prasy, ?e stosowanie tych pigu?ek jest zakazane przez wydzia? zdrowia, czu?em si? przeto w obowi?zku poinformowa? poufnie prokuratur? przy Trybunale w Strasburgu o praktykach Amblarda. Poza tym okazywa?em mu nadal ?yczliw? sympati?, na kt?r? ca?kowicie zas?ugiwa?. Garraud cz?sto przychodzi? do mnie na kieliszek koniaku i prowadzi? ze mn? d?ugie dyskusje, po kt?rych odczuwa?em wyra?ne odpr??enie. Rozmowy z cz?owiekiem na poziomie s? niew?tpliwie potrzebne dla dobrego samopoczucia.

Gdy min?? czas mego pobytu w Instytucie i zbli?a? si? termin wyjazdu ze Strasburga, poszed?em po?egna? si? z Kir?.

- O?e? si? ze mn?! - zawo?a?a, gdy tylko stan??em w progu pokoju.

Ten stereotypowy zwrot, wypowiedziany g?osem sztucznym i egzaltowanym, stanowi? w moim przekonaniu objaw nieudolnej symulacji, ale sama symulacja wyst?powa?a tu jako oczywisty symptom choroby. Wbi?em w Kir? sugestywne spojrzenie, kt?re dzia?a?o na ni? w spos?b parali?uj?cy. Jej pi?kne, czarne oczy p?on??y niewypowiedzianym blaskiem, wargi dr?a?y. ?cisn??a mnie obur?cz za r?k? i poczu?em przep?ywaj?cy przeze mnie fluid rozgor?czkowanej psychiki. Zrozumia?em, ?e tylko poca?unkiem zdo?am roz?adowa? jej patofizjologiczne napi?cie. By? to zabieg, o kt?rym czyta?em bodaj ?e u Kraepelina czy Bleulera, ale nie jestem pewien.

Gdy zakomunikowa?em Kirze o moim wyje?dzie, popad?a naprz?d w odr?twienie, a po chwili wybuchn??a spazmatycznym p?aczem. Uspokaja?em j?, stosuj?c r??ne zabiegi, kt?re teoretycy pokroju Fielda uwa?aj? za intymne.

Terapia ta okaza?a si? nadzwyczaj skuteczna. Po kr?tkim czasie Kira odzyska?a r?wnowag? psychiczn?, kt?r? w moich wykresach liczbowych okre?lam cyfr? 137. Jedynka, tr?jka i si?demka ?wiadcz? tu o stanie pe?nej ?wiadomo?ci pacjenta. Przy zabiegach tego rodzaju Kira wyzwala?a si? z syndromu schizofrenicznego, przestawa?a symulowa? i przybiera?a pozory osoby ca?kowicie uzdrowionej.

Powiedzia?a te? tonem pe?nym szczero?ci:

- Pana wyjazd jest dla mnie r?wnoznaczny z wyrokiem ?mierci. Nie mog? tu zosta?. Pan widzi, ?e ca?a tutejsza medycyna opiera si? na mistyfikacji. B?d? musia?a zgin??, je?li mnie pan porzuci na pastw? tych wszystkich Adler?w i Amblard?w. Przecie? to s? psychopaci i zbocze?cy, a w najlepszym razie szarlatani. Tylko pan mo?e mnie uratowa?, przywr?ci? do ?ycia. Chc? st?d wyjecha?, wr?ci? do Polski, zamieszka? w kraju. Musi mi to pan u?atwi?, je?li m?j los nie ma obci??y? pa?skiego sumienia. Jestem przecie? ca?kiem normalna, a moje symulacje by?y jedynie samoobron? przed napastliwo?ci? Amblarda i jego sztrasburskich kompan?w. Nie, nie mog? tu zosta?! Nie mog?!

Wr?ci?em do swego apartamentu, ?eby rozwa?y? ten zawi?y problem. Jeszcze raz przeanalizowa?em ogniwa ?a?cucha przyczynowego, sk?adaj?ce si? na ?yciorys Kiry. Sprawdzi?em ponownie wszystkie elementy wykresu liczbowego i skontrolowa?em wyniki dzia?a? matematycznych. W blokach obliczeniowych 137 powtarza?o si? z zadziwiaj?c? regularno?ci?. Sprawa wyzdrowienia Kiry wydawa?a si? rzecz? pewn?. Metoda moja znowu odnios?a tryumf.

Stan??em przed lustrem i z?o?y?em sobie gratulacje, jak to czyni?em zazwyczaj, gdy udawa?o mi si? obali? fa?szywe teorie Ligenhorna. Przygl?da?em si? w?asnej twarzy z zadowoleniem, a nawet z pewn? dum?. Czarne, krzaczaste brwi odcina?y si? od przerzedzonej nieco siwizny, przez kt?r? prze?wieca? kszta?t wielkiej, sokratycznej czaszki cz?owieka my?l?cego. Siode?kowaty nos i odstaj?ce uszy nadawa?y twarzy wyraz dobrotliwej jowialno?ci, co u?atwia?o mi maskowanie pobudliwego usposobienia i kostycznej niech?ci do otoczenia. Oczy niebieskie, o bystrym spojrzeniu, mia?y wyraz ?agodny, ale igraj?ce w nich iskierki zdradza?y osobnika o gwa?townych nami?tno?ciach. Najwi?ksz? jednak ozdob? twarzy stanowi?y usta, zawsze troch? szydercze, a przy tym zmys?owe, kt?re musia?y dzia?a? na kobiety szczeg?lnie poci?gaj?co. Zapewne dzi?ki nim, pomimo moich lat pi??dziesi?ciu pi?ciu, mog?em wywiera? na pacjentki wp?yw tak niezb?dny w praktyce ka?dego psychiatry.

Uda?em si? do profesora Garraud i przedstawi?em mu spraw? Kiry. Przez chwil? b?bni? palcami po biurku i przygl?da? mi si? z ironicznym u?miechem, kt?ry zawsze wyprowadza? mnie z r?wnowagi. Teraz jednak panowa?em nad sob? i na jego u?miech odpowiada?em twardym spojrzeniem. Wreszcie Garraud wykona? r?k? ruch maj?cy oznacza? rezygnacj?, wsta? zza biurka i ch?odno o?wiadczy?:

- Zgadzam si?. Ka?? wype?ni? kart? choroby i mog? wypisa? pacjentk?. Prosz? porozumie? si? z kancelari?. Jeszcze dzi? wydam odpowiednie polecenia. Jest Polk? - ma prawo wr?ci? do Polski. Oczywi?cie, na pa?sk? odpowiedzialno?? i pod pa?sk? opiek?. To chyba wszystko.

Tego samego dnia wys?a?em do naszej ambasady w Pary?u pismo i dokumenty Kiry, prosz?c o za?atwienie niezb?dnych formalno?ci.

Wieczorem Garraud, jak gdyby nigdy nic przyszed? do mnie, zadzwoni? na pokoj?wk? i kaza? przynie?? koniak oraz kieliszki. Po chwili zjawili si? te? nasi przyjaciele: du Crochet, Amblard, Adler oraz lekarka z oddzia?u kobiecego, pani Chavance. Gaw?dzili?my bardzo weso?o, du Crochet by? w ?wietnym nastroju, chocia? przed godzin? pacjent umar? mu na stole operacyjnym. Pani Chavance opowiedzia?a nam swoje ciekawe przygody w Algierii, kiedy to ca?y lazaret francuski dosta? si? do niewoli, po czym wszystkie piel?gniarki wysz?y za m?? za Algierczyk?w. M?wi?a o tym z pewn? melancholi? w g?osie, gdy? by?a niem?oda i brzydka. Powodowany czysto polsk? rycersko?ci?, przyj??em raz jeden jej zaloty, gdy przysz?a do mnie pewnego wieczoru sprawdzi? dzia?anie cyborgizatora. Od tej chwili przez wdzi?czno?? zacz??a wyra?a? si? entuzjastycznie o Polsce, co, rzecz prosta, dogadza?o moim uczuciom patriotycznym i dlatego nie mia?em potrzeby wyrzuca? sobie owej chwili s?abo?ci. Irytuj?cy tik Adlera zdawa? si? przekazywa? mi na ten temat porozumiewawcze znaki, ale pomin??em je milczeniem, aby nie psu? mi?ego nastroju. Amblard pocz?tkowo nie bra? udzia?u w rozmowie. Gdy jednak zesz?a ona na Kir?, jego kozia twarz o?ywi?a si? nagle, a na sp?aszczony nos wyst?pi?y drobne kropelki potu. Adler tego wieczoru przem?g? l?k przed zatrutymi winnicami i pi? tyle koniaku, ?e Garraud zadzwoni? po nast?pn? butelk?. Zreszt? wszyscy byli?my troch? pod rauszem.

Amblard, z lekka podpity, powiedzia? do mnie zaczepnie:

- Jestem dla pana pe?en podziwu. By?em niegdy? w Warszawie i wiem, ?e Polacy to wytrawni uwodziciele. Opowiadano mi przezabawne anegdoty o polskich ginekologach, ale widz?, ?e psychiatrzy im nie ust?puj?. Chapeau bas!

- Nie rozumiem pa?skiej aluzji - odrzek?em ozi?ble. - Chyba nie zdaje pan sobie sprawy z w?asnych s??w. Pa?skie docinki uw?aczaj? memu wiekowi i stanowisku.

- Tra-la-la! - zawo?a? Amblard. - C?? to za stanowisko? Chore urojenia, nic wi?cej. A mo?e jest pan sekretarzem ONZ? Czy cesarzem Napoleonem? W zachodnim pawilonie mamy ju? dw?ch Napoleon?w, pan by?by trzecim.

Nie wiem, jak to si? sta?o. Bez udzia?u moich w?adz umys?owych r?ka sama wykona?a nieprzewidziany ruch. Do??, ?e nagle porwa?em ze sto?u kieliszek i chlusn??em koniakiem Amblardowi w twarz. Alkohol musia? go piec w oczy, gdy? zerwa? si? z krzes?a, wymachuj?c na o?lep r?kami. Krzycza? i wymy?la? mi tak ordynarnie, ?e Monika Chavance zatka?a sobie uszy, aby tych s??w nie s?ysze?. Du Crochet stara? si? uspokoi? Amblarda, co wprawi?o go w jeszcze wi?ksz? w?ciek?o??.

- Wezwij piel?gniarzy. Szybko! - rzek? Garraud do Adlera.

Schowa?em si? za szaf?, gdy? Amblard porwa? ze sto?u butelk? i mierzy? ni? we mnie. Mia? oczy przekrwione, broda trz?s?a mu si? jak u koz?a. Du Crochet i Garraud trzymali go za r?ce, a on kopa? ich po nogach. Szamotali si? z nim a? do chwili, gdy zjawili si? dwaj piel?gniarze i wyprowadzili szale?ca. Pozostali panowie wyszli za nimi.

- A wi?c Amblard znowu trafi? do gwa?towni - rzek?a oboj?tnym g?osem Monika, u?ywaj?c okre?lenia piel?gniarzy, kt?rzy gwa?towni? nazywali pawilon zachodni. Przeci?gn??a si? leniwie, przesz?a do mojej sypialni i rzuci?a si? na tapczan.

- Chod? tu do mnie, Wit - rzek?a zduszonym szeptem. - Wit, mam ci co? do powiedzenia, s?yszysz? Wit! Wit!

Moje spieszczone przez ni? imi? brzmia?o jak francuskie "vite".

S?ucha?em z rozdra?nieniem jej nawo?ywa?:

- Pr?dko, pr?dko, no chod?!

- Zaraz, za chwil?.

M?wi?c to, uda?em, ?e id? do ?azienki. Tymczasem jednak niepostrze?enie wymkn??em si? z pokoju. Dy?urnej piel?gniarki nie by?o na korytarzu. Wbieg?em po schodach i przemkn??em si? przez nikogo nie zauwa?ony do pokoju Kiry. Gdy j? obudzi?em, rzuci?a mi si? na szyj?. Trapi?y j? nocne l?ki i m?cz?ce obozowe sny. Pracuj?c nad ni? do ?witu, doprowadzi?em jej uk?ad psychiczny do stanu liczbowego 133. Om?wili?my te? sprawy zwi?zane z wyjazdem.

Gdy wr?ci?em do siebie, Moniki ju? nie by?o. Zostawi?a mi na stole kartk? tej tre?ci: "Nigdy si? nie wyleczysz, je?li nie przestaniesz pi?. A poza tym znudzi?e? mi si?. Jeste? taki sam, jak oni wszyscy."

Ambasada odpowiedzia?a bardzo szybko. Wkr?tce te? nadesz?y z konsulatu dokumenty Kiry.

Za?atwili?my w Instytucie szereg formalno?ci, przy czym musia?em z?o?y? o?wiadczenie, ?e zabieram na swoj? odpowiedzialno?? pacjentk? przed jej ostatecznym wyleczeniem. Odebrali?my depozyt Kiry, kt?ry sk?ada? si? z oko?o 3000 nowych frank?w got?wk?. kilku z?otych monet oraz ma?o warto?ciowej bi?uterii.

- To m?j posag - rzek?a z u?miechem.

Odbyli?my po?egnaln? przechadzk? po mie?cie, zwiedzili?my katedr?, twierdz?, a potem d?ugo siedzieli?my w kawiarni nad Renem w pobli?u portu. D?? ciep?y, wiosenny wiatr. Dopiero teraz, z dala od szpitalnych mur?w, poczuli?my si? jak normalni ludzie. Byli?my weseli i lada b?ahostka pobudza?a nas do beztroskiego ?miechu. Siwe w?osy Kiry srebrzy?y si? w s?o?cu. Wygl?da?a prze?licznie. patrz?c na ni? zrozumia?em, ?e jest dla mnie najbli?sz? istot? na ?wiecie.

- My?l?, ?e nigdy si? nie rozstaniemy - powiedzia?a przechylaj?c kokieteryjnie g?ow?.

- My?lisz? Ja jestem pewien - odrzek?em i pomy?la?em, ?e s?owa te brzmi? jak zar?czyny.

Nadszed? wreszcie dzie? wyjazdu.

Na dworzec odprowadzi? nas profesor Garraud, doktor Adler i prze?o?ona piel?gniarek, pani Grivet. Przynie?li dla Kiry p?ki konwalii, jak to jest w zwyczaju pierwszego maja.

Gdy poci?g rusza?, Garraud zawo?a?:

- Pi?kna z was para. Dajcie nam zna? o sobie! B?d?cie szcz??liwi!

Obj??em Kir? ramieniem i nie chcia?em my?le? o tym, ?e jestem od niej osiemna?cie lat starszy. A trzeba by?o...

4

Zajmowali?my w sleepingu dwa s?siednie single, gdy? wola?em unikn?? dwuznacznej sytuacji, zw?aszcza wobec tych, kt?rzy mogli nas oczekiwa? na dworcu w Warszawie. Nie by?o jednak nikogo. Z krewnymi od dawna si? por??ni?em, koledzy lekarze musieli pe?ni? swoje obowi?zki w szpitalach, a Weronika by?a na to za stara. W domu moich rodzic?w prowadzi?a gospodarstwo i wychowywa?a mnie od dziecka. Uwa?ali?my j? za domownika. Moja pierwsza ?ona nie chcia?a trzyma? jej u siebie, ale gdy umar?a, a w?a?ciwie zgin??a w katastrofie kolejowej, odszuka?em Weronik?, kt?ra odt?d prowadzi?a mi dom. Mia?a ju? chyba ponad osiemdziesi?tk?, ale by?a bardzo sprawna, tyle tylko, ?e cierpia?a na zanik pami?ci. Widocznie zapomnia?a o dacie mego przyjazdu.

Zajmuj? niedu?? will? na ?oliborzu. Sypialni? z ?azienk? na pi?trze odst?pi?em Kirze, a sam przenios?em si? na d??. Pierwotnie mia?em zamiar wystara? si? dla niej o osobne mieszkanie, ale po tym, co mi?dzy nami zasz?o, ani ja, ani ona nie powracali?my wi?cej do tego tematu.

Kira by?a oszo?omiona widokiem Warszawy, kt?ra tak si? przeobrazi?a przez te wszystkie lata. Pogodne majowe dni sprzyja?y naszym przechadzkom. Zachwyca?o j? Stare Miasto, nowe mosty na Wi?le, nabrzmia?e p?ki bzu w ?azienkowskim parku. Chcia?a zobaczy? dom, w kt?rym niegdy? mieszka?a, ale nie istnia? ju? ani dom, ani nawet ulica jej dzieci?stwa.

Z ka?dym dniem kocha?em Kir? coraz bardziej i g??boko prze?ywa?em najdrobniejszy objaw, gro??cy nawrotem choroby. Niepokoi?y mnie jej melancholijne zadumy, a tak?e podejrzliwo??, z jak? traktowa?a potrawy przyrz?dzane przez Weronik?. Powiedzia?a mi wkr?tce po naszym przyje?dzie:

- Starzy ludzie s? cz?sto zawistni w stosunku do m?odych. Nigdy nie wiadomo, czego si? mo?na po nich spodziewa?. Twoja ?ona mia?a racj?, ?e nie chcia?a Weroniki przyj?? do s?u?by. Dzisiejsza zupa by?a podejrzanie gorzka.

W po?owie maja niespodziewanie zjawi? si? u mnie Ligenhorn.

Powinienem by? zatrzasn?? mu drzwi przed nosem, ale powstrzyma? mnie wrodzony takt. Przyj??em go nawet z udan? rado?ci?, kaza?em Weronice poda? kaw? i potraktowa?em go nadzwyczaj serdecznie.

Wypytywa? mnie o wra?enia z pobytu w Strasburgu, napomkn?? te?, ?e mia? sta?e wiadomo?ci od Garrauda, kt?ry podobno wyra?a? si? o mnie i o mojej pracy z najwi?kszym uznaniem.

Uwa?a?em ich obu za naukowych cynik?w i ani przez chwil? nie w?tpi?em, ?e s? ze sob? w zmowie. Robi?em jednak dobr? min? i ze swojej strony nie szcz?dzi?em pochwa? dla Garrauda.

Po d?u?szej rozmowie, kt?ra podobna by?a raczej do seansu psychoanalitycznego ni? do niewymuszonej wymiany zda?, Ligenhorn rzek? nagle, klepi?c mnie przyjacielsko po kolanie:

- Pos?uchaj, Witoldzie, chc? ci zrobi? pewn? propozycj?. M?g?by? otrzyma? wprawdzie pe?n? emerytur?, ale uwa?am, ?e bezczynno?? by?aby zgubna dla twego samopoczucia. Proponuj? ci, aby? w mojej klinice obj?? dzia? matematyki leczniczej. To przecie? jest twoja specjalno??. Mia?bym dla ciebie wolny etat i przyzwoite uposa?enie. Z dodatkami za specjalizacj? i wys?ug? lat b?dziesz m?g? wyci?gn?? oko?o pi?ciu tysi?cy. Co o tym s?dzisz?

Powiedzia? "w mojej klinice"! Jak ju? wspomnia?em, by?em przez dwana?cie lat dyrektorem tej kliniki, kiedy Ligenhorn zabiega? o stanowisko ordynatora! Teraz on by? dyrektorem i proponowa? mi n?dzn? posadk?, Zreszt?, mo?e wyrazi? si? inaczej. Zanadto by?em zbulwersowany, aby dok?adnie pami?ta? jego s?owa. Widzia?em w nim po prostu znienawidzonego Ligenhorna, szarlatana o niezwyk?ym tupecie, lizusa i karierowicza, kt?ry przyw?aszczy? sobie moje godno?ci i splendor tw?rcy warszawskiej szko?y psychiatrycznej. Zrozumia?em dobrze jego ukryte intencje. Chcia? mnie mie? przy sobie, aby bezkarnie szpiegowa? i podpatrywa? moje eksperymenty naukowe, a potem poda? je jako w?asne i unieszkodliwi? niebezpiecznego rywala. Przejrza?em go na wylot. Ale r?wnocze?nie zdawa?em sobie spraw?, ?e konkretna sytuacja daje mu przewag? nade mn? i ?e w gruncie rzeczy nie mam innego wyj?cia.

Odpowiedzia?em tedy g?osem wibruj?cym, co nadawa?o s?owom odcie? szczerego wzruszenia:

- Oskarze, drogi przyjacielu, wiedzia?em, ?e zawsze mog? na ciebie liczy?. Sprawi?e? mi wielk? przyjemno?? proponuj?c tak zaszczytn? wsp??prac?. Oczywi?cie, godz? si? i jestem do twojej dyspozycji cho?by od jutra.

- Od pierwszego czerwca, zgoda? - powiedzia? Ligenhorn i przez jego lisi? twarz przemkn?? u?miech tryumfu.

Jeszcze zobaczymy, kto z nas t? batali? wygra - pomy?la?em dolewaj?c mu kawy.

Z g?ry po schodach zesz?a Kira swoim powolnym, leniwym krokiem.

- Profesor Oskar Ligenhorn - przedstawi?em go Kirze. - A to moja... ?ona.

Pierwszy raz nazwa?em j? w ten spos?b i poczu?em, ?e w tym momencie nast?pi?o co? decyduj?cego. ?ona. Oczywi?cie. Mia?a na sobie szar? plisowan? sp?dnic? i bia?? bluzk?, po??czone szerokim, czerwonym pasem, kt?ry podkre?la? jej zgrabn? kibi?. Pomimo siwych w?os?w nie wygl?da?a na wi?cej ni? lat trzydzie?ci. Ligenhorn po?era? j? wzrokiem, po czym poprowadzi? z ni? rozmow? pe?n? galanterii i finezyjnego dowcipu. Przys?uchiwa?em si? z zazdro?ci? jego b?yskotliwym, aforystycznym zwrotom, kt?re zdradza?y cz?owieka o niezwykle bystrej inteligencji. Aby mu dor?wna?, pr?bowa?em wtr?ca? znane mi cytaty, ale wszystkie wypada?y jako? nie ? propos. Czu?em swoj? nied?wiedzi? niezr?czno??, ale Kira na szcz??cie zdawa?a si? jej nie dostrzega?. By?a ogromnie o?ywiona, ?mia?a si? nerwowo i nieco zbyt g?o?no.

- Przepraszam ci?, kochanie - powiedzia?em wreszcie, aby przerwa? t? bezp?odn? konwersacj?. - Mam z profesorem do om?wienia pewne wa?ne sprawy. Nie gniewaj si?. Trudno by? ?on? Cezara - jak powiedzia? Katullus.

Ani Katullus tego nie powiedzia?, ani por?wnanie z Cezarem nie by?o zbyt trafne, jednak Kira spojrza?a na mnie z uznaniem i pieszczotliwie przesun??a r?k? po moich w?osach.

- Pani przypomina nie tyle Kalpurni?, ile raczej pewn? dziewczyn? z portretu znalezionego w Fajum. Jego reprodukcja wisi u mnie nad biurkiem. Ta dziewczyna ma pani oczy. Stale patrzymy na siebie - rzek? Ligenhorn ca?uj?c Kir? na po?egnanie w r?k?.

Do ko?ca dnia by?em piekielnie rozdra?niony. Prze?ladowa?y mnie z?udzenia s?uchowe, mia?em przyspieszone t?tno. Ukrywa?em to przed Kir? i nadrabia?em min?. Wieczorem powiedzia?em jej, ?e musimy si? pobra?, gdy? ugruntuje to nasz? r?wnowag? psychiczn?. Zdradzi?em jej nawet sens pewnego wykresu liczbowego, w kt?rym zestawi?em nasze wzajemne powi?zania i otrzyma?em niezawodny wska?nik 47593. Wymowa tych cyfr by?a dla mnie oczywista, natomiast Kira przyj??a moje o?wiadczenie z pozorn? oboj?tno?ci?. Tej nocy oboje nie zmru?yli?my oka do rana. Nazajutrz mia?em pewne luki w pami?ci i dopiero po po?udniu przypomnia?em sobie tre?? rozmowy z Ligenhornem.

Prac? w klinice obj??em pierwszego czerwca. Zasz?y tam du?e zmiany. Spo?r?d dawnych lekarzy zosta?o tylko dw?ch: dr ?o? i dr Holder. Inni przenie?li si? do szpitala w Pruszkowie, cz??? wyjecha?a na Ziemie Odzyskane. Dr Kowalikowa ze wzgl?d?w rodzinnych postara?a si? o prac? w Ko?cianie. Natomiast je?li chodzi o piel?gniarki, to stwierdzi?em, ?e ilo?? ich wzros?a w dw?jnas?b. Przyby?o sporo m?odych, zapewne mniej do?wiadczonych, ale za to wyr??niaj?cych si? urod?. Oble?ny Ligenhorn skompletowa? sobie niez?y haremik! Z miejsca te? postanowi?em ?ledzi? jego zachowanie i zdemaskowa? go w odpowiedniej chwili.

Powierzono mi dokonywanie do?? zawi?ych operacji obliczeniowych. Opracowywa?em listy p?ac, sporz?dza?em tabele podatk?w, uk?ada?em preliminarze, gromadzi?em i porz?dkowa?em materia?y statystyczne. Dzi?ki temu mia?em dost?p do akt personalnych pracownik?w Kliniki oraz do kartoteki pacjent?w.

Praca w dziale matematycznym pozwala?a mi w szerokim zakresie doskonali? moj? metod?. Ju? po kilku miesi?cach zdo?a?em z grubsza wyprowadzi? wykresy liczbowe wszystkich lekarzy zatrudnionych w Klinice. Rezultaty okaza?y si? nader interesuj?ce.

Stwierdzi?em u Ligenhorna stany inwolucyjne urojeniowe, wyra?aj?ce si? mi?dzy innymi absurdaln? megalomani?. A wi?c cierpia? na psychoz?, kt?r? przypisywa? mnie w informacji dla Garrauda. Insynuowanie innym osobom w?asnych schorze? jest zreszt? w psychiatrii zjawiskiem powszechnie znanym.

Dr Sarnowski dotkni?ty jest wt?rn? katatoni? z halucynacjami o typie zbli?onym do syndromu Kandinskiego-Clerambaulta.

Dr Zawadzka, kt?rej oty?o?? jest patologiczna, cierpi niew?tpliwie na chorob? Thomsena.

Pozostali lekarze, podobnie jak wi?kszo?? piel?gniarek i piel?gniarzy, w mniejszym lub wi?kszym stopniu nadaj? si? do leczenia psychiatrycznego. Przes?a?em na ten temat odpowiedni memoria? do Ministerstwa Zdrowia, nie wspomnia?em tylko o Ligenhornie, gdy? co do jego osoby mia?em ca?kiem odr?bne plany. Ligenhorna trzeba by?o unicestwi? jednym uderzeniem, ale uczyni? to w spos?b ostro?ny i przemy?lany w najdrobniejszych szczeg??ach.

Pracowa?em w klinice z du?ym zapa?em. Zam?wiono dla mnie w NRF maszyny licz?co-analityczne specjalnej konstrukcji, stosownie do moich wymaga? i wskaz?wek. A wi?c przede wszystkim tabulator Bull BSB 120 wraz z pod??czanym kalkulatorem elektronowym GAMMA. Na razie musia?em pos?ugiwa? si? zwyk?ym biurowym arytmometrem. Jednak?e przy moich fenomenalnych zdolno?ciach w zakresie matematyki zdo?a?em szybko rozwin?? i udoskonali? metod? wykres?w liczbowych. Ca?y personel kliniki mia?em jak na d?oni, wiedzia?em o nim wszystko i mog?em ju? przyst?pi? do odpowiednich zabieg?w leczniczych. Wola?em jednak czas pewien jeszcze odczeka?, ?eby uchroni? si? przed w?cibstwem Ligenhorna i jego szpieg?w. Zebrane materia?y pozwoli?y mi utwierdzi? si? w przekonaniu, ?e obserwacje Kiry by?y s?uszne. Wi?kszo?? psychiatr?w kwalifikuje si? do leczenia na r?wni z ich pacjentami. Czy?by wi?c teoria intoksykacji psychotycznej mia?a racj? bytu? Na sobie bynajmniej nie mog? tego stwierdzi?, chocia? wielokrotnie poddawa?em swoje post?powanie dok?adnej analizie i co miesi?c regularnie sporz?dzam na nowo wykresy liczbowe, kt?re daj? wyra?ny obraz pracy mego m?zgu. Jest absolutnie sprawna i normalna.

Z zachowaniem ca?kowitej dyskrecji wznowi?em praktyk? prywatn?. Kira spe?nia?a rol? sekretarki, asystentki i piel?gniarki. Wprowadzi?em szereg zabieg?w, stosowanych w Instytucie profesora Garraud.

?lub m?j z Kir? odby? si? bez rozg?osu. ?wiadkami byli moja stara, wierna Weronika oraz Oskar. Chcia?em pozorami przyja?ni u?pi? jego czujno??. Po ?lubie urz?dzi?em w moim mieszkaniu skromne ?niadanie, co da?o mi sposobno?? do spenetrowania w spos?b dyskretny teczki Ligenhorna, kt?r? zostawi? w przedpokoju. Znalaz?em tam nie zapiecz?towany list do Garrauda. Ligenhorn pisa? w nim, ?e stan zdrowia obu pacjent?w jest na razie zadowalaj?cy. Kogo dotyczy?y te s?owa? Jednym z tych pacjent?w by?a oczywi?cie Kira. Ale ten drugi?

W ka?dym razie wbrew powy?szemu twierdzeniu Kira znowu miewa?a okresy depresji, manii prze?ladowczej, ot?pienia. Po nocach prze?ladowa?y j? przywidzenia, powtarza?y si? wizje obozowe; cz?sto odbywa?a urojone podr??e do Radomia, gdzie sp?dzi?a dzieci?stwo, miewa?a te? luki pami?ciowe. Moja metoda terapii matematycznej, kt?ra w stosunku do innych pacjent?w dawa?a rewelacyjne wyniki, zawodzi?a na ca?ej linii, gdy chodzi?o o Kir?. Zabiegi intymne dora?nie przywraca?y jej r?wnowag? psychiczn?, ale w nast?pstwie pog??bia?y jeszcze stany depresyjne.

Po naradzie z Ligenhornem zgodzi?em si? umie?ci? j? w klinice. Trzeba przyzna?, ?e ten zdeklarowany cynik naukowy po trzymiesi?cznej kuracji zdo?a? uwolni? Kir? od uroje?, halucynacji i napad?w depresji. Wr?ci?a do domu na poz?r wyleczona, szcz??liwa, ?e zn?w jest ze mn?, a nawet s?ysza?em, jak w ?azience weso?o sobie nuci?a. Prze?ywali?my znowu chwile ma??e?skiego szcz??cia, chocia? nie odczuwa?em w niej dawnego mi?osnego zapa?u. Unika?a moich poca?unk?w, t?umacz?c to b?lem dzi?se?. Na potwierdzenie swoich s??w ostentacyjnie p?uka?a usta wywarem z jarz?biny, jak to jej zaleci? stomatolog. Jej zoboj?tnienie przypisywa?em pewnemu ot?pieniu psychicznemu, kt?re mimo wszystko wyst?powa?o u niej od czasu do czasu.

Up?yn??o znowu kilka miesi?cy. Na wiosn?, gdy wr?ci?em pewnego dnia po po?udniu z kliniki, nie zasta?em Kiry w domu. Weronika nie widzia?a, kiedy wysz?a. Czeka?em na ni? z obiadem, ale mija?y godziny i Kira nie wraca?a. Zaniepokojony szuka?em jej u dentysty, u krawcowej, u dr Zawadzkiej.

- Kira nie jest osob? ca?kiem zr?wnowa?on? - rzek?a dr Zawadzka. - Trzeba co? przedsi?wzi??.

Zadzwoni?em do milicji, potem do pogotowia, do szpitali, kt?re tego dnia mia?y ostre dy?ury. Nigdzie jednak w?r?d wypadk?w Kira nie figurowa?a.

Wr?ci?em do domu pe?en niepokoju. Nie rozbiera?em si? do p??nej nocy, pomimo pr??b i perswazji Weroniki. By?em w stanie najwy?szego napi?cia, kiedy nad ranem rozleg? si? dzwonek telefonu. Us?ysza?em g?os Kiry, kt?ry brzmia? jak z za?wiat?w:

- Witku, to ja... Jestem w Radomiu. Nie denerwuj si?, nic si? nie sta?o... Ju? wracam... Tak... B?d? ko?o po?udnia... Pa, ca?uj? ci?...

Zwolni?em si? z kliniki i pojecha?em po Kir? na dworzec. Kiedy wysiada?a z wagonu, uderzy?a mnie jej blado?? i si?ce pod oczami. U?miechn??a si? do mnie, ale w taks?wce milcza?a i nie odpowiada?a na moje pytania. By?a w stanie zupe?nego ot?pienia.

Przy pomocy Weroniki rozebra?em j? i po?o?y?em do ???ka. Natychmiast zapad?a w sen i spa?a do wieczora. Ch?tnie potem napi?a si? gor?cego bulionu, ale je?? nic nie chcia?a. Stan prostracji ust?pi?. Zacz??a opowiada? dzieje swojej wyprawy.

Nie wiedzia?a, kiedy i w jaki spos?b znalaz?a si? w Radomiu. Posz?a do domu, w kt?rym mieszka?a za czas?w swego dzieci?stwa. Trafia?a do obcych ludzi, wywo?a?a w?r?d nich konsternacj?, ale nie pami?ta?a przebiegu tej niezamierzonej wizyty ani gdzie sp?dzi?a noc. Nad ranem ockn??a si? na dworcu i tu dopiero u?wiadomi?a sobie, ?e jest w Radomiu. Stamt?d w?a?nie do mnie zatelefonowa?a. Gdy wraca?a, w wagonie zas?ab?a. Zaopiekowa? si? ni? jaki? przygodny pasa?er, Francuz. Da? jej sw?j bilet wizytowy, ale gdzie? go zgubi?a. Bezskutecznie przetrz?sn?li?my torebk?. Biletu nie by?o.

Ca?a ta przygoda pozostawi?a w psychice Kiry g??boki uraz. Zacz??a ba? si? panicznie podobnych niezamierzonych wypraw. Szczeg?lnie za? gn?bi?y j? objawy luk pami?ciowych.

- Nie pami?tam! Nic sobie nie przypominam! Nie dr?cz mnie pytaniami! - wo?a?a g?osem pe?nym rozpaczy, gdy nak?ania?em j? do odtworzenia ?a?cucha przyczynowego radomskiej eskapady.

Nazajutrz dowiedzia?em si?, ?e dr Sarnowski, prowadz?c swego Wartburga, wpad? w po?lizg i rozbi? si? o drzewo. Pomimo natychmiastowej pomocy nie uda?o si? go uratowa?. Po tym wypadku napisa?em do prasy artyku? o konieczno?ci przeprowadzania nale?ytych bada? metod? wykres?w liczbowych przed wydawaniem prawa jazdy lekarzom-psychiatrom. Artyku? wywo?a? ogromne wzburzenie w ?wiecie lekarskim. Dr Zawadzka, kt?ra ma Volkswagena, powiedzia?a przy spotkaniu ze mn?:

- Pan chyba zwariowa?!

- Thomsen kaza? si? pani k?ania? - odrzek?em znacz?co.

Tylko Ligenhorn potraktowa? moje prasowe wyst?pienie z milcz?c? aprobat?. O, to jest wytrawny gracz! Wed?ug recepty Machiavellego. W ka?dej sytuacji jest lisem i lwem r?wnocze?nie.

5

Obawia?em si? u Kiry nawrotu pelagry i tendencji samob?jczych. Przepisa?em jej wi?c du?e dawki witaminy PP. Zdaniem Ligenhorna przy naszym sposobie od?ywiania o pelagrze nie mog?o by? mowy. Ja uwa?a?em jednak, ?e warunki obozowe mog?y spowodowa? trwa?e wyniszczenie organizmu. Pogl?d m?j potwierdzi?y wykonane na nowo wykresy liczbowe i obni?enie wska?nika ze 137 na 128.

Pomimo ot?pienia uczuciowego i powracaj?cych l?k?w Kira sporo czasu sp?dza?a poza domem.

Przypuszcza?em, ?e spaceruje po mie?cie dla zabicia czasu.

Znosi?a zreszt? do domu mn?stwo bezu?ytecznych przedmiot?w, na kt?re wydawa?a swoje francuskie oszcz?dno?ci. Musz? przyzna?, ?e nie jestem rozrzutny i nie folgowa?em na og?? rozrzutno?ci Kiry. Ona twierdzi?a, ?e jestem chorobliwie sk?py i na z?o?? mnie kupowa?a coraz to nowe wazoniki, garnuszki, dzbanuszki i tym podobne zb?dne wyroby ceramiczne. I ten kierunek jej zami?owa? traktowa?em jako przejaw choroby. Tak samo ocenia?em jej zoboj?tnienie, z?e humory i stany neurasteniczne, przechodz?ce niekiedy w histeri?.

Pewnego dnia o?wiadczy?a mi, ?e czuje nieprzeparte pragnienie wyjazdu do Radomia, gdy? miasto to od?wie?a w niej wspomnienia rodzinne. Je?dzi?a wi?c tam jeszcze dwukrotnie i wraca?a niezwykle o?ywiona. P??niej jednak nie zdradza?a ju? ch?ci wyjazdu i o Radomiu w og?le nie by?o wi?cej mowy.

Natomiast coraz cz??ciej wychodzi?a z domu, chocia? nie mia?a przyjaci?? ani znajomych. Wszelkie moje indagacje wprawia?y j? w stan ostrego rozdra?nienia. Mia?a zawsze t? sam? odpowied?:

- Nie pami?tam. Nie mog? sobie przypomnie?! Nie dr?cz mnie pytaniami. Przecie? widzisz, ?e jestem nieprzytomna ze zm?czenia.

Orientowa?a si? w zanikach pami?ci i zu?ywa?a tak wiele wysi?ku na ich przezwyci??enie, ?e w ko?cu wola?em da? jej spok?j i o nic nie pyta?.

Poch?ania?a mnie praca w Klinice. Wieczorami zaj?ty by?em pisaniem artyku??w oraz podstawowego dzie?a na temat metody wykres?w liczbowych. Ku memu wielkiemu zdziwieniu redakcja "Kwartalnika Psychiatrycznego" zwraca?a mi prace podpisane moim nazwiskiem, ale zdarza?o si?, ?e nie pami?ta?em, czy by?em rzeczywi?cie ich autorem. Szybko traci?em kontakt z w?asnymi koncepcjami i nie mog?em sobie przypomnie? dawnego toku my?li. Uczeni obserwowali podobne zjawiska w funkcjonowaniu umys??w genialnych i przypisywali je gonitwie inwencji tw?rczych.

Chocia? ca?e dni mia?em wype?nione prac? i niewiele mi zostawa?o czasu na ?ycie osobiste, coraz cz?stsze objawy zoboj?tnienia ze strony Kiry zaczyna?y mnie po trochu niepokoi?. Nie mia?em w?tpliwo?ci co do jej uczu? w stosunku do mnie. Kobiety, z kt?rymi styka?em si? w ?yciu, na og?? ?atwo i ch?tnie mi ulega?y i pozostawa?y pod urokiem mojej osobowo?ci, a zw?aszcza oddzia?ywania seksualnego. Podobnie by?o z Kir?, co mog?em stwierdzi? zw?aszcza pod koniec ka?dego tygodnia, gdy?, poczynaj?c od sobotniego popo?udnia, niedziel? i poniedzia?ek przeznaczy?em na odpoczynek. Sp?dzali?my czas razem, chodzili?my na spacery, a w nocy oddawali?my si? igraszkom zmys??w.

Mimo dowod?w przywi?zania i nami?tno?ci ze strony Kiry zaczyna?y n?ka? mnie podejrzenia. Cz?ste odwiedziny Ligenhorna i jego szczeg?lna galanteria w stosunku do Kiry nie usz?y mej uwagi. Ligenhorn g?rowa? nade mn? og?ad? towarzysk? i posiada? niezaprzeczony urok osobisty. Elegancki, postawny, mia? co? ujmuj?cego w ruchach r?k; oczy i usta, pe?ne delikatnego ciep?a, wyra?a?y r?wnocze?nie cechy m?skiej stanowczo?ci. Opis m?j nie daje pe?nego obrazu jego powierzchowno?ci. Nie posiadam do?? precyzyjnej wyobra?ni i kiedy staram si? odtworzy? w pami?ci wygl?d jakiej? osoby, przesuwaj? mi si? przed oczami u?amki postaci i twarzy, osadzone niew?a?ciwie, jak w niekt?rych portretach Picassa. Mo?e w?a?nie dlatego malarz ten jest mi szczeg?lnie bliski. Wracaj?c do Ligenhorna mog? stwierdzi?, ?e robi on wra?enie cz?owieka, kt?remu wszystko przychodzi z ?atwo?ci? i kt?ry zawsze panuje nad sytuacj?. Ten cz?owiek obezw?adnia? mnie. Nie mog?em jednak zdradzi? si? z moj? bezsilno?ci?. Tote? nienawi?? i wrogo?? w stosunku do niego maskowa?em przesadn? kurtuazj? i uprzedzaj?c? grzeczno?ci?.

Pewnego dnia za?wita?o mi podejrzenie, ?e Ligenhorn uwodzi Kir?. Postanowi?em ich ?ledzi?. ?ona Ligenhorna od lat by?a sparali?owana, mia?a pora?on? mow?, s?uch i wzrok. Stanowi?a rozpaczliw? ruin? cz?owieka. Dlatego Ligenhorn wi?kszo?? czasu sp?dza? w Klinice, w swoim gabinecie dyrektorskim, gdzie r?wnie? zainstalowa? sobie tapczan, aby m?c odpocz?? w ci?gu dnia.

Pod pozorem odrabiania zaleg?o?ci przez ca?y tydzie? sp?dza?em wieczory przy biurku w Klinice. Z mego okna widzia?em po przeciwnej stronie okno gabinetu Ligenhorna, zas?oni?te kotar?, z kt?rej przez d?ugie godziny nie spuszcza?em oka. Dzie? po dniu czeka?em cierpliwie. Wreszcie dopi??em swego. Na kotarze ukaza?y si? dwa cienie. Jeden z nich by? cieniem kobiety. Patrzy?em i czu?em, jak serce podchodzi mi do gard?a. Niebawem w oknie Ligenhorna ?wiat?o zgas?o i zapanowa?a ciemno??. Wzburzony do ostatecznych granic, wybieg?em na korytarz, zakrad?em si? na palcach do drzwi gabinetu dyrektorskiego i gwa?townie szarpn??em za klamk?. Drzwi by?y zamkni?te na klucz. Pchn??em drzwi ramieniem raz, potem drugi, wreszcie wzi??em rozp?d i wpar?em si? w nie plecami. Rozleg? si? trzask, zamek ust?pi?.

Przekr?ci?em kontakt.

Ligenhorn sta? bez marynarki i bez krawata, usi?uj?c zas?oni? kobiet? le??c? na tapczanie. Dysza? i sycza? przez z?by:

- Idioto! Szale?cze! Co ty wyprawiasz? Opami?taj si?!

Na oczach mia?em mg??, a w sercu piek?o. Przede mn?, od pod?ogi do sufitu, rozpo?ciera?a si? pulchna masa Ligenhorna. Przedziera?em si? przez ni? wymachuj?c r?kami, aby dopa?? Kiry. Pocz?tkowo na niczym nie mog?em skoncentrowa? wzroku, gdy? wszystko doko?a mnie wirowa?o. I nagle w m?zgu poczu?em strumie? ch?odu. Oprzytomnia?em. Na tapczanie, do po?owy rozebrana, le?a?a Wanda Siennicka, jedna z naszych piel?gniarek. Spojrza?a na mnie przera?onym wzrokiem, a potem ukry?a twarz w d?oniach. S?ysza?em tylko jej urywane s?owa:

- O, Bo?e... To straszne...

Ligenhorn powiedzia? spokojnie:

- Wyno? si? st?d, idioto!

Zataczaj?c si? opu?ci?em gabinet. Nie wst?puj?c do siebie, bez kapelusza, wybieg?em na ulic?. Pami?tam, ?e panowa?a ciemno?? i pada? deszcz. Szed?em pieszo, aby odzyska? r?wnowag? ducha. Wi?c to Wanda Siennicka! W Klinice nazywano j? Lolit?. Teraz zrozumia?em, dlaczego zawsze mnie unika?a, chocia? got?w by?em okazywa? jej szczeg?lne wzgl?dy. W ka?dym razie teraz mia?em w r?ku ich oboje.

Kiedy przyszed?em do domu, Kira ju? spa?a. Po cichu rozebra?em si? i w?lizn??em do niej pod ko?dr?. Na wp?? senna zacz??a m?wi? do mnie po francusku. W pod?wiadomo?ci jej wci?? jeszcze tkwi?y minione sztrasburskie dzieje. Przytuli?em si? do niej i tu po raz pierwszy od chwili naszego ma??e?stwa spotka?a mnie straszliwa zniewaga. Kira nagle zerwa?a si? z ???ka i wlok?c za sob? ko?dr?, zbieg?a po schodach na d??, zamkn??a si? na klucz w kuchni i nie odpowiada?a na moje wo?ania i pro?by. Us?ysza?em tylko zaspany g?os Weroniki:

- Jak ona nie chce, to niech Witu? da jej spok?j. Pop?acze i przestanie. A Witu? niech idzie spa?. Ju? my tu z nasz? pani? jako? si? urz?dzimy.

Nazajutrz nie poszed?em do Kliniki. By?a to zreszt? angielska sobota i bez trudu usprawiedliwi?em moj? nieobecno??. Po nieprzespanej nocy wola?em zosta? w domu. Wiedzia?em, ?e czeka mnie przykra przeprawa z Ligenhornem, a zreszt? chcia?em wyja?ni? przyczyny dziwnego zachowania Kiry.

Kiedy przed dziewi?t? wszed?em do kuchni, dowiedzia?em si? od Weroniki, ?e Kira wysz?a po zakupy. Niebawem wr?ci?a pogodna i weso?a, a na stawiane jej zarzuty mia?a t? sam? stereotypow? odpowied?:

- Co ty m?wisz? Naprawd?? Nic nie pami?tam. Przecie? wiesz, ?e ci? kocham.

By?a tego dnia wyj?tkowo zr?wnowa?ona i okazywa?a mi szczeg?ln? czu?o??. W po?udnie poprosi?a, abym zabra? j? do kawiarni. Po nocnym deszczu pa?dziernikowe s?o?ce grza?o jak w lecie. Nie pami?tam r?wnie pi?knej jesieni. Szli?my przytuleni do siebie jak para kochank?w. Szybko zapomnia?em o wczorajszych przykro?ciach. W kawiarni Europejskiej usiedli?my na tarasie, rozmawiaj?c beztrosko o sprawach niewa?nych i b?ahych, jak niegdy? nad Renem. Czu?em, jak przychodzi odpr??enie i daje ukojenie moim sko?atanym nerwom.

Popija?em kaw?, s?ucha?em paplaniny Kiry i rozgl?da?em si? po sali. W pewnej chwili zobaczy?em co?, co wprawi?o mnie w os?upienie. Krew uderzy?a mi do g?owy, na moment serce przesta?o mi bi?. Z?apa?em Kir? kurczowo za r?k? i z trudem wydobywaj?c z siebie g?os, wyszepta?em:

- Patrz... Tam... Widzisz?...

Po przeciwnej stronie, na wprost nas siedzia?a... Kira i wpatrywa?a si? we mnie szklanym wzrokiem.

- O co ci chodzi? Co mam widzie??

- Jak to, przecie? ty tam siedzisz... Ty... Ty!

- Witoldzie, uspok?j si?. Masz chyba halucynacje.

- Nie r?b ze mnie wariata.

Tamta druga Kira siedzia?a nieruchomo. Zerwa?em si? od stolika, ?eby podej?? do niej. Wskutek gwa?townego ruchu str?ci?em fili?ank? na pod?og?. Nachyli?em si?, aby j? podnie??. Kiedy si? wyprostowa?em, w miejscu, gdzie siedzia? sobowt?r Kiry, nie by?o nikogo. Pot wyst?pi? mi na czo?o. Teraz ju? sam nie wiedzia?em, czy obraz by? rzeczywisty, czy te? uleg?em halucynacji.

- Witoldzie, ?le si? czujesz... Chod?my do domu - powiedzia?a Kira.

Podobne przywidzenia miewa?em przed wyjazdem do Strasburga. K?ad?em je wtedy na karb przepracowania. Obecnie got?w by?em uwierzy?, ?e uleg?em z?udzeniu wzrokowemu wskutek bezsennej nocy.

Kira bardzo przej??a si? moim stanem i chcia?a zatelefonowa? po Ligenhorna, na co jednak ze zrozumia?ych powod?w nie mog?em si? zgodzi?. Zreszt? Ligenhorn sam po po?udniu zjawi? si? nieproszony. Udawa?, jak gdyby nic mi?dzy mn? a nim nie zasz?o, troskliwie wypytywa? o moje samopoczucie. Przez ca?y czas jego wizyty nurtowa?a mnie my?l, ?e jest w zmowie z Kir?. Wygl?da?o na to, ?e oboje chc? mnie sk?oni? do poddania si? jakim? zabiegom leczniczym pod pozorem rzekomego zak??cenia r?wnowagi psychicznej. Po prostu chodzi?o im o pozbycie si? mnie dla cel?w a? nazbyt przejrzystych. Tote? zachowywa?em si? dosy? opryskliwie, a w ko?cu o?wiadczy?em bez ogr?dek:

- Mam zaufanie tylko do siebie samego i sam potrafi? dba? o w?asne zdrowie. Je?li natomiast ty, Oskarze, chcesz pozby? si? mnie jako niewygodnego rywala, prosz? bardzo! Nie potrzebujesz ucieka? si? w tym celu do niezr?cznych pretekst?w. Ja za? post?pi? tak, jak dyktuje mi honor i obowi?zek.

Po wyj?ciu Ligenhorna dozna?em uczucia ulgi i zadowolenia. Mia?em go w r?ku i teraz ja by?em g?r?.

Z Kir? sp?dzi?em upojn? noc, dzi?ki czemu podejrzenia moje szybko si? rozwia?y. Zrozumia?em, ?e nies?usznie pos?dza?em j? o konszachty z Ligenhornem.

Niedziela zapowiada?a si? bardzo pogodnie. W?asnor?cznie poda?em Kirze ?niadanie do ???ka, gdy? Weronice trudno by?o wchodzi? po schodach.

Przed obiadem Kira zapragn??a p?j?? do Ogrodu Botanicznego, co by?o do?? dziwn? zachciank?, zw?aszcza ?e niebo zaczyna?o si? chmurzy?.

- Chc? pozbiera? troch? li?ci - powiedzia?a z pogodnym u?miechem. - Tak lubi? jesienne barwy... Li?cie s? z?ote i czerwone. Stoi tu tyle pustych wazon?w. Powk?adam do nich jesienne li?cie.

W ogrodzie by?o prawie pusto. Jaki? samotny starzec siedzia? na ?awce i czyta? gazet?. Jaka? para ca?owa?a si? w bocznej alei. Zewsz?d wia?o smutkiem i melancholi?. Szli?my w milczeniu w?r?d ogo?oconych drzew, przygl?daj?c si? samotnej wiewi?rce. I nagle w oddali ukaza?a si? posta?, kt?ra przyku?a m?j wzrok. By?a to Kira, ta sama, kt?r? widzia?em w kawiarni poprzedniego dnia.

- Czy widzisz? - zawo?a?em. - Zn?w ona!

- Ale? tam nikogo nie ma... Pusta ?cie?ka.,.

- Jest, jest! To ty! To ona! I tutaj... I tam... Widz? was obie!

W tym momencie Kira zas?oni?a mi oczy d?o?mi i przyciska?a tak mocno, ?e przez d?u?sz? chwil? nie mog?em ich oderwa?. Gdy ponownie spojrza?em przed siebie, posta? znik?a. A wi?c rzeczywi?cie nie by?o nikogo.

- Niepokoisz mnie - rzek?a Kira. - Musisz zacz?? si? leczy?, skoro halucynacje si? powtarzaj?. Nie powiniene? tego zaniedbywa?.

- Doktor Adler miewa? cz?sto podobne przywidzenia. Pami?tasz? Sam nam opowiada?.

- Adler?... Jaki Adler? Nie przypominam sobie.

Sytuacja stawa?a si? rzeczywi?cie niepokoj?ca. Ja mia?em halucynacje, Kira cierpia?a na zanik pami?ci. Jej stan wskazywa? na zaburzenia schizofreniczne, m?j - na wyczerpanie i przeci??enie umys?u nadmiern? prac?.

Nazajutrz, po nocy sp?dzonej w ramionach Kiry. uda?em si? do Kliniki. Kaza?em sobie poda? teczk? personaln? Wandy Siennickiej. Dowiedzia?em si?, ?e jest ?on? in?yniera i ma siedmioletni? c?reczk?.

Opracowa?em obszerny memoria? do Ministerstwa Zdrowia, opisa?em nieetyczne post?powanie Ligenhorna, wykaza?em wszelkie cechy nadu?ycia stanowiska s?u?bowego. Nie oszcz?dzi?em te? jego partnerki, gdy? jako cz?owiek honoru uwa?a?em za sw?j obowi?zek dba? o czysto?? obyczaj?w na terenie tak wa?nej plac?wki naukowej, jak G??wna Klinika Psychiatryczna.

Po wys?aniu tego memoria?u skierowa?em do Ligenhorna pismo z pro?b? o natychmiastowe zwolnienie mnie z pracy i nie ?egnaj?c si? z nikim poszed?em do domu. Nie potrzebuj? dodawa?, ?e przedtem zniszczy?em wszystkie notatki, obliczenia i wykresy, kt?re pozwoli?yby Ligenhornowi pozna? tajemnice mojej metody naukowej.

Zemsta nie by?aby ca?kowita, gdybym nie zawiadomi? m??a Wandy Siennickiej o scenie, kt?rej sta?em si? przypadkowym ?wiadkiem. Listu tego nie podpisa?em, gdy? uwa?a?em za rzecz niegodn? mieszanie mego znanego w ?wiecie naukowym nazwiska w brudne erotyczne sprawki.

By?em znowu cz?owiekiem wolnym. Wyst?pi?em o przywr?cenie mi emerytury i teraz mog?em bez reszty po?wi?ci? si? pracy naukowej. Zaniecha?em te? praktyki prywatnej, aby nie nara?a? si? na denuncjacje zawistnych koleg?w.

Niestety, choroba Kiry nasila?a si?, a moja metoda wykres?w liczbowych w stosunku do niej jednej okazywa?a si? zawodna,

Nie mam poczucia up?ywu czasu, tote? nie pami?tam dok?adnie, jak dawno przyjechali?my ze Strasburga. Mo?e up?yn?? rok, a mo?e dwa lata. W ka?dym razie ?y?em z Kir? wystarczaj?co d?ugo, aby pozna? jej zmienne usposobienie i odchylenia psychotyczne, kt?re cz?owiek postronny m?g?by wzi?? za kaprysy charakteru. Na jej wybuchy schizofreniczne stara?em si? odpowiada? wyrozumia?ym milczeniem i ?agodno?ci?.

Widziad?o b?d?ce odbiciem Kiry w przestrzeni ukazywa?o mi si? odt?d wielokrotnie, i to nie tylko na ulicy czy w kawiarni, ale nawet w moim gabinecie, chocia? podczas pracy zamyka?em si? na klucz, Musia?em mie? si? na baczno?ci i strzec moich r?kopis?w przed w?cibstwem Weroniki, kt?ra wed?ug wszelkiego prawdopodobie?stwa by?a przekupiona przez Ligenhorna. Ta stara, prosta kobieta nie zdawa?a sobie sprawy z zacie?niaj?cej si? wok?? mnie sieci intryg i zawi?ci. Sta?a si? bezwolnym narz?dziem w r?kach moich rywali. Wymog?em przeto na Kirze, aby sama przygotowywa?a nasze posi?ki, gdy? Weronice nie mo?na ju? by?o ufa?.

Jak dalece starano si? mnie zaszczu?, niechaj po?wiadczy fakt, ?e Wydawnictwo Naukowe zwr?ci?o mi prac?, kt?r? z?o?y?em tam przed p?? rokiem. Zawiera ona rewelacyjne odkrycia w dziedzinie psychopatologii, co zapowiada ju? sam jej tytu? "Prolegomena do zasad wykrywania nieodwracalnego w odwracalnym przy pomocy sterowania programowego wed?ug metody psychoanalitycznych wykres?w liczbowych wy?szego rz?du".

Odmowa publikacji sformu?owana by?a w spos?b perfidny i wykr?tny. Ale pomi?dzy kartkami maszynopisu znalaz?em anonimow? recenzj?, pozostawion? tam przez niedopatrzenie czy te? przez ?wiadom? z?o?liwo??. O ile sobie przypominam, anonimowa opinia sk?ada?a si? z takich mniej wi?cej sformu?owa?:

"Autor, kt?ry swego czasu zapowiada? si? jako wybitny naukowiec, zaprezentowa? nam obraz kompletnej degradacji intelektualnej... Omawiana praca wykazuje pomieszanie du?ej wiedzy matematycznej z niepoczytalnym be?kotem ob??ka?ca i nie nadaje si? do jakiejkolwiek obiektywnej oceny... Obok precyzji matematycznej wyst?puje w niej rozumowanie tak absurdalne, ?e stawia ono pod znakiem zapytania zdrowie psychiczne autora..."

A wi?c spotka? mnie los tylu innych genialnych umys??w! Edisona potraktowano jak szarlatana, Fulton znalaz? si? w zak?adzie dla ob??kanych, Pasteura wy?miewali ignoranci i nieucy; Giordana Bruna spalono na stosie! Wyprzedzi?em swoj? epok? i dlatego zosta?em zdeptany i wyszydzony! No c??, panowie, prosz?, przygotujcie stos, niechaj sp?on? jako ofiara na o?tarzu nauki. A po latach imi? moje b?dziecie wymawiali ze czci?. B?dziecie mi stawiali pomniki. Geniusz Witolda Soteli zatryumfuje nad nieuctwem r??nych Ligenhorn?w, Garraud?w, Adler?w! Na nic wasze zajad?e intrygi! Nie unicestwicie mojego geniuszu!

Na razie jednak musia?em si? broni?! Wystosowa?em ostry protest do Akademii Nauk i do senat?w uniwersyteckich w Warszawie, Krakowie, ?odzi i Wroc?awiu. Wyst?pi?em te? do Prokuratury Generalnej z ??daniem wszcz?cia post?powania karnego przeciwko osobom, kt?re zdyskwalifikowa?y moj? prac?, aby nast?pnie przyw?aszczy? j? sobie, jak to praktykuje si? od dawna w tak zwanym ?wiecie naukowym. Do "Kwartalnika Psychiatrycznego" wys?a?em odpowiednie ostrze?enie.

Ca?a ta afera wprawi?a mnie w stan zrozumia?ego rozdra?nienia. Opracowa?em natychmiast inn?, w?asn? recenzj? odrzuconej pracy, jak najbardziej pochlebn?, ba, nawet entuzjastyczn?, aby j? pokaza? Kirze. Musia?em ugruntowa? jej zaufanie do mnie, gdy? wci?? jeszcze poddawa?a si? moim zabiegom leczniczym.

Z arkuszem starannie napisanym na maszynie i podpisanym nazwiskiem znanego uczonego, uda?em si? na pi?tro do Kiry. Le?a?a na tapczanie i s?ucha?a radia. By?y to nagrania z konkursu szopenowskiego.

Nie znosz? muzyki, zw?aszcza melodycznej i harmonijnej, gdy? wp?ywa ona obezw?adniaj?co na umys?. Dawno stwierdzi?em na sobie jej parali?uj?ce dzia?anie. Usiad?em wi?c obok Kiry i wy??czy?em radio.

- Dlaczego przeszkadzasz mi s?ucha?? - powiedzia?a z irytacj?. - Pozbawiasz mnie wszelkich przyjemno?ci. Jeste? niezno?ny!

Przeprosi?em j? z w?a?ciw? mi ?agodno?ci? i da?em jej do przeczytania spreparowan? przeze mnie recenzj?.

- Co mnie to obchodzi? - rzek?a z rozdra?nieniem w g?osie. Rzuci?a okiem na kartk? maszynopisu, po czym doda?a:

- Bzdury... Powiedzia?by? lepiej Weronice, ?eby mi zaparzy?a kawy.

- My?la?em, ?e przywi?zujesz wi?ksz? wag? do moich sukces?w naukowych - powiedzia?em z wyrzutem.

- Wszyscy jeste?cie pomyleni. Wszyscy! A zw?aszcza ty! - odrzek?a opryskliwie i w??czy?a radio.

Z do?u rozleg?o si? wo?anie Weroniki:

- Witusiu, niech Witu? zejdzie! Przyszed? jaki? pan, ale nie wiem, o co chodzi, bo nie m?wi po polsku.

Nieznajomy cudzoziemiec czeka? w przedpokoju. Pi?kn? francuszczyzn? przeprosi? mnie za naj?cie bez uprzedzenia, a nast?pnie przedstawi? si?:

- Nazywam si? Klaudiusz Garraud. Jestem synem profesora Garraud ze Strasburga.

Wprowadzi?em go do gabinetu.

- Mi?o mi pozna? pana - powiedzia?em nie ukrywaj?c zdziwienia. - M?j przyjaciel, profesor Garraud, w listach nie wspomina? mi o przyje?dzie pana do Warszawy.

- Ach, m?j ojciec jest taki roztargniony... Od p?? roku pracuj? tu w naszej ambasadzie... Dziwi? si?, ?e nic o tym nie pisa?, zreszt?, nie chcia? mo?e zaprz?ta? pa?skiej uwagi moj? osob?.

Klaudiusz Garraud wygl?da? na lat czterdzie?ci. Przystojny, z czarnym w?sikiem, ubrany z przesadn? elegancj?. Wyda? mi si? zanadto t?gi. Kapelusz i r?kawiczki trzyma? w r?kach o kr?tkich palcach, kt?re stanowi?y chyba jedyny rys podobie?stwa do ojca.

- Czy przychodzi pan do mnie w charakterze pacjenta? - spyta?em. - A je?eli nie, to czym mog? s?u?y?? Mam d?ug wdzi?czno?ci wobec profesora Garraud i ch?tnie go sp?ac? stosownie do pa?skiego ?yczenia.

M?j go?? milcza? i przygl?da? mi si? uwa?nie. Weronika przynios?a kaw?.

- S?ucham pana - powiedzia?em z uprzejmym u?miechem.

Francuz d?ugo si? zastanawia?, wreszcie zacz?? m?wi?:

- Przychodz? w sprawi? bardzo dra?liwej... Wyj?tkowo dra?liwej. Trudno mi dobra? odpowiednie s?owa. Chodzi o to, ?e pa?ska ?ona Kira opu?ci?a pana. Tak... Opu?ci?a na zawsze i nieodwo?alnie. Od dw?ch tygodni jest ze mn?... Przychodz? w jej imieniu prosi? pana o rozw?d.

- Pan chyba nie jest przy zdrowych zmys?ach, panie Garraud! - zawo?a?em. - Moja ?ona jest ze mn?. Przed sekund? z ni? rozmawia?em. To, co pan m?wi, jest czystym urojeniem.

- Musz? panu wyzna? ca?? prawd?... Kira opu?ci?a pana przed dwoma tygodniami, a tu jest... jej siostra, siostra - bli?niaczka. S? do siebie tak podobne, ?e nikt nie potrafi ich rozr??ni?. Decyzja Kiry jest nieodwo?alna. Jej adwokat zwr?ci si? do pana w sprawie rozwodu. To by?oby wszystko.

Nie zauwa?y?em nawet, kiedy ten cz?owiek wyszed?. Przed oczami wirowa?y mi czarne p?aty. W m?zgu poczu?em straszliwy ucisk. Klaudiusz Garraud wyda? mi si? kim? nierzeczywistym i nie mia?em pewno?ci, czy istotnie z nim rozmawia?em. Trzyma?em si? kurczowo biurka i wpatrywa?em si? w pusty fotel, gdzie przed chwil? siedzia? Francuz, a sk?d teraz wyziera?y do mnie oczy poruszane nerwowym tikiem, oczy Adlera. A wi?c znowu uleg?em halucynacji? Klaudiusz Garraud? Siostra-bli?niaczka? Ju? to gdzie? kiedy? s?ysza?em. Chorobliwe urojenia. Nikt u mnie nie by?, nikt nie rozmawia? ze mn?. Brednia, brednia, brednia!

Pobieg?em na g?r? i zawo?a?em od drzwi:

- Kira! Czy to jeste? ty? M?w, jak ci na imi?? A mo?e jeste? t? drug?? Mo?e jej siostr?? Rozumiem teraz wszystko! Przywioz?a ci? z Radomia! Wcale nie umar?a? w obozie. Zmusi?a ci?, aby? j? zast?pi?a! A we mnie wmawia?a, ?e jeste? tylko widziad?em. Ale to nie ma znaczenia. Zostaniesz ze mn?, b?dziesz jej sobowt?rem! B?dziesz drug? Kir?. Nic si? nie zmieni. Kocham ci? tak samo, jak tamt?. Rozbierz si?! By?a? dla mnie czulsza ni? prawdziwa Kira. Rozbierz si?, pr?dzej!

Mam wra?enie, ?e tak do niej przemawia?em. Nie! To nieprawda! ?ebra?em o lito??.

Prosi?em j?, skamla?em pod drzwiami jak pies. Spazmatyczne ?kanie wi?z?o mi w gardle, d?awi?o, zaczyna?em si? dusi?.

I wtedy w?a?nie us?ysza?em te straszliwe s?owa:

- C?? ty sobie wyobra?asz, stary komediancie?. Czy nie rozumiesz, ?e ca?a ta tragifarsa ju? si? sko?czy?a? Ja mia?abym zosta? z tob?? Sp?jrz na siebie. Jeste? odra?aj?cy, obmierz?y! Przejrzyj si? w lustrze, ?a?o?ny psychopato!

Chwyci?a z komody owalne zwierciad?o w srebrnej ramie i podsun??a mi je pod nos. W g?adkiej tafli zd??y?em dostrzec przekrwione oczy i spocon?, karykaturalnie wykrzywion? twarz. Od tej chwili nie wiedzia?em ju?, co dalej si? dzia?o. S?ysza?em tylko brz?k t?uczonego szk?a, trzask ?amanych sprz?t?w, rozpaczliwe okrzyki, a nad tym wszystkim g?rowa? ?a?osny lament Weroniki:

- Witu?! Co Witu? robi?

Nie umia?bym ustali?, ile dni up?yn??o, odk?d jestem w Klinice, w tej pu?apce, kt?r? zastawi? na mnie Ligenhorn. Podobno zima jest bardzo sroga. Za oknem wida? ?nie?n? zadymk?. M?wi si? o zaspach na drogach, o ?ywio?owej kl?sce ?niegu. Ciekaw jestem, jak w tym czasie wygl?da cmentarz?

Zdaje si?, ?e by?em przywi?zany pasami do ???ka. Przez m?j pok?j przewin??o si? mn?stwo ludzi. Wi?kszo?? z nich ju? dawno nie ?yje. M?j ojciec mia? tik i przypomina? Adlera. Same upiory. Nade mn? sta? Ligenhorn. Trzyma? mnie za r?k?.

Powiedzia?em do niego:

- D?ugo na mnie polowa?e?. Teraz mnie masz. Mo?esz by? z siebie dumny.

G?os Ligenhorna zabrzmia? jakby z oddali:

- By?e? bardzo chory, Witoldzie. Ale teraz szybko wr?cisz do zdrowia. W marcu pojedziesz do Zakopanego. W g?rach poczujesz si? znacznie lepiej.

- Gdzie jest Kira? - spyta?em.

Po d?u?szym milczeniu odpowiedzia?:

- Kira wyjecha?a do Francji. Rozmawia?em przez telefon z profesorem Garraud. M?wi? mi, ?e Kira czuje si? ca?kiem nie?le. Ma dobr? opiek?. Nie my?l o niej.

- A jej siostra?

- Nigdy nie wspomina?e?, ?e Kira ma siostr?. Nic o tym nie wiem.

- Chcia?bym zobaczy? Weronik?...

- O, biedna staruszka nie ?yje. Po ataku twojej choroby mia?a wylew do m?zgu. Umar?a nazajutrz. Zaj?li?my si? jej pogrzebem.

Sta? nade mn? jak kat - wykonawca wyrok?w. Z jego ciep?ych i serdecznych s??w przebija? pog?os tryumfu. Mia? mnie w swoich r?kach i dokonywa? aktu zemsty.

Nie, Oskarze Ligenhorn! Tryumfujesz przedwcze?nie! Nie b?dziesz mia? tej satysfakcji, aby przechwala? si? zwyci?stwem swojej metody psychiatrycznej. Nie b?dziesz mnie demonstrowa? uniwersyteckim myd?kom:

- O, patrzcie, to jest ten, kt?rego ja wyleczy?em.

Posiadam wi?cej rozumu i sprytu ni? ty. Zabezpieczy?em sobie drog? do ?mierci i do nie?miertelno?ci.

A ten oto dokument, kt?ry zostawiam, stanie si? wielkim aktem oskar?enia przeciwko tobie. Przeciwko wszystkim tobie podobnym szarlatanom i kanaliom!

Moje b?dzie za grobem zwyci?stwo!